lut 12 19
Poniżej zamieszczam treść listu, który otrzymałem od Pani Wioli Świerczek. Ciężko chora na SLA (stwardnienie zanikowe boczne) prosi Państwa o wsparcie. Gorąco zachęcam do zaangażowania się:
Szanowna Redakcjo,
Wiele razy słyszy się w mediach informacje o treści: „Uczeń szkoły takiej a takiej nałożył nauczycielowi kosz na głowę”, „uczeń groził nauczycielowi” itp… Chciałabym… zburzyć stereotypowy obraz złej, niewychowanej młodzieży… W 1999 roku ukończyłam studia filologiczne w katedrze literatury niemieckojęzycznej na Uniwersytecie Łódzkim. Wybór specjalizacji był prosty: nauczanie. Przepracowałam w zawodzie nauczyciela 14 lat. Nie, to nie była praca. To była pasja… Zaczęłam pracować już na pierwszym roku studiów. Pamiętam małego „Psemka”, biegł korytarzem krzycząc „pse pani, jesce ja”. Był niesamowicie zdolnym piątoklasistą i strasznym łobuziakiem… Pamiętam też malutką Natalkę, która uśmiechem potrafiła zaczarować świat. Byli też Jaś i Martusia, i Bartuś – trochę nie z tej planety, i Kuba – poeta… Po studiach opuściłam rodzinne miasto - Łódź. Pracowałam w Legionowie, Warszawie, a następnie w Wołominie. Pamiętam ten dzień jak dzisiaj… Był lipiec, upał, a ja zatłoczonym autobusem jechałam do Wołomina na rozmowę o pracę. Szczerze mówiąc sama nazwa miasta nie kojarzyła mi się najlepiej… Wysiadłam. Musiałam zapytać kogoś jak dojść do szkoły. Nie wyglądało to wszystko tak źle. Jakiś plac budowy, ogródki przed całkiem normalnymi domami, kościół. Wszystko było takie zwyczajne… Budynek szkoły… jak budynek… Weszłam. Zanim się spostrzegłam trzymałam w ręku umowę o pracę podpisaną na czas nieokreślony. Szłam do drugiej szkoły. Dopiero teraz miałam okazję przejść się główną ulicą miasta. Po obu stronach stare, szare budynki, które wydawały się być już bardzo zmęczone swoim istnieniem… Na końcu ulicy – tory kolejowe z … tzw. szubienicą, czyli mostkiem dla pieszych nad torami. Podpisanie umowy o pracę w drugiej szkole poszło równie łatwo. No i zostałam w Wołominie. Z planowanego roku zrobiło się osiem lat. Liceum, technikum, szkoły zawodowe, szkoły prywatne i państwowe… młodzież była wszędzie taka sama – cudowna. Każdy z tych młodych ludzi był inny, każdy z nich miał swoją historię, swoje lęki, swoje problemy. Każde zachowanie miało swoją przyczynę. Oni chcieli być wysłuchani – słuchałam ich, chcieli być szanowani – szanowałam ich, chcieli być doceniani – doceniałam ich. Co za to dostałam? To co dałam… Słuchali mnie, szanowali, docenili…
Wyszłam za mąż, urodziłam córeczkę… Już na początku ciąży osłabła mi lewa dłoń i mięśnie boleśnie się kurczyły. Reakcja dwóch neurologów była… No cóż… „Ja tu nic nie widzę. Wydaje się pani. Pewnie chce pani dostać zwolnienie z pracy. Ależ proszę pani, ciąża nie jest chorobą, może pani pracować”. Dopiero prawie dwa lata później kolega z pracy niemal zmusił mnie do wizyty u kolejnego lekarza. Już wtedy nie mogłam lewą ręką podnieść nawet pustej szklanki. Pamiętam był listopad 2004 roku, prywatna wizyta u chirurga, wieczór… Usłyszałam: „Nie chce pani straszyć, ale mnie to wygląda na stwardnienie rozsiane”. Nie pamiętam jak znalazłam się w samochodzie. Nie pamiętam jak dojechałam do przejazdu kolejowego w Legionowie… Wydawało mi się, że patrzę na jakiś ogromny ekran, na którym migają, niczym slajdy, obrazy z 32 lat mojego życia. Widziałam babcię, która robiąc na drutach zasypiała na krześle w kuchni i dziadka, który karmił króliki, i ich sąsiadkę, do której chodziliśmy po mleko „prosto od krowy”. Widziałam moją mamę, która sprawdzała mi zeszyty i cierpliwie tłumaczyła chemię. Widziałam siebie kiedy szłam do pierwszej komunii, kiedy odbierałam w szkole nagrody za konkursy plastyczne i czytelnicze, kiedy na wielkiej tablicy sprawdzałam wyniki matur, kiedy na obronie pracy magisterskiej trzy razy usłyszałam „bardzo dobry”. Widziałam swój ślub i lekarza, który kładzie mi na piersiach moją córeczkę.
Widziałam swojego brata, jak cieszy się, że został wujkiem. Wreszcie zobaczyłam swoją córeczkę Oliwkę… Wołała mnie: „Maaama” i wyciągała do mnie swoje malutkie rączki… Pokaz slajdów się skończył. Siedziałam w samochodzie stojącym na przejeździe kolejowym w Legionowie… Kluczyki trzymałam w ręku. Nie wiem o czym myślałam, czułam się nijak… Kiedy dojechałam do domu Oliwka spała w swoim łóżeczku. Mąż zapytał: „I co?” Nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Łzy płynęły wolno, jakby prorokując, że mój świat będzie odtąd kręcił się inaczej… Zadzwonił telefon: „Cześć siostra. Co jest i czemu beczysz?” Brat zawsze wiedział kiedy coś było nie tak. Opowiedziałam mu o diagnozie lekarza. „Przyjedziemy z rodzicami jak tylko się da. Mój mąż, który przysłuchiwał się rozmowie, poklepał mnie po ramieniu, „Będzie dobrze” – powiedział i wyszedł. Nie odzywał się kilka dni… Noc spędziłam siedząc w fotelu: tylko kawa i papierosy, papierosy i kawa… Rano budzik wybudził mnie z letargu. Dzień musiał być normalny, przecież byłam mamą. Po południu przyjechali z Łodzi moi rodzice i brat. Najlepszym wyjściem było pozwolić Oliwce zamieszkać z dziadkami, zająć się leczeniem, doprowadzić do końca wszystkie sprawy. Tak właśnie zrobiłam.
25 stycznia 2005, kilkunastodniowym pobycie w szpitalu… nadszedł dzień wypisu. Pan doktor poprosił mnie do jakiejś sali wykładowej. Usiedliśmy przy drzwiach. Po drugiej stronie sali, przy oknie, stała grupka młodych ludzi. Wyglądali na studentów. Rozmawiali wesoło półgłosem. Pan doktor mówił: „Nie jest pani chora na stwardnienie rozsiane”. W pierwszej chwili kamień spadł mi z serca. „Jest pani chora na SLA, czyli stwardnienie zanikowe boczne”. Samo słowo „stwardnienie” wcale mi się nie podobało, budziło we mnie strach. Ciekawość kazała mi dopytać cóż to jest to SLA. Lekarz potrafi… „SLA to choroba neuronu ruchowego, prowadzi do rozpadu mięśni. Na chorobę nie ma leku, bo nikt nie zna jej przyczyny. Dam pani receptę na lek, który przedłuży pani życie, o jakieś sześć miesięcy”. Robiło mi się słabo. Sala wydawała się zmniejszać. Szepty studentów wydawały się krzykiem. Zatkałam uszy. Nie pomogło. „Ma pani przed sobą 2,5 może 3 lata. Albo się pani udusi, albo udławi”. Zrobiło mi się niedobrze…
Kiedy wróciłam do pracy, jakoś się pozbierałam. Latem 2005 roku pojechałam na kurs do Austrii. Nie czułam się chora. Do bezwładnej lewej dłoni tak się przyzwyczaiłam, że przestało mi jej brakować. W drodze powrotnej do domu wysiadłam na granicy z autokaru i… potrzebowałam pomocy, żeby do niego ponownie wsiąść… Miałam tysiąc myśli na minutę. Wygrała ta jedna: „Nic mi nie jest. Schody w autokarze są wysokie, a ja jestem po prostu zmęczona długą podróżą”. Uwierzyłam w to. W Legionowie wejście na trzecie piętro nie sprawiło mi trudności. Pewnie gdyby nie mama i brat pewnie nie jeździłabym po lekarzach. To oni szukali dla mnie ratunku. Razem z tatą jeździli ze mną do Krakowa, Ełku, Białegostoku. We wrześniu 2005 roku objęłam wychowawstwo klasy I DZ, klasy licealnej o profilu dziennikarskim, w Zespole Szkół w Wołominie. W grudniu zaczęły słabnąć mi nogi. Początkowo było mi trudno schodzić po schodach, później wchodzić. Chodziłam do pracy. Wspinałam się dzielnie po schodach, trzymałam się ściany idą korytarzem. Nikt się nie śmiał, nikt nie komentował, nikt nie pytał… Młodzież tej wołomińskiej szkoły niejako „wrastała” ze mną w chorobę. Kiedy dotarło do nich, że coś jest nie tak – po prostu byli. Brali mnie pod rękę i prowadzili do sali lekcyjnej. Później przychodzili do domu. Robili to tak naturalnie, jakby to była najbardziej oczywista sprawa na świecie. Robili wszystko… W szkole nadal pisali kartkówki i klasówki. Nadal oceny były różne, nadal próbowali przekładać terminy testów, ale argument: „Bo ja pani pomagam” nigdy nie padł. W grudniu 2006 roku lekarz zakładowy stwierdził niezdolność do pracy. Obiecywał wprawdzie asystenta, ale skończyło się na obietnicach. Rok i cztery miesiące po zwolnieniu z pracy uczniowie wciąż byli. Pomyślałam, że przecież nie mogą być zawsze. Długo łudziłam się nadzieją, że jeśli będę udawała, że nic się nie dzieje, to to wszystko minie. Moi uczniowie chyba też tak myśleli. Niestety, nic nie mijało… 25 stycznia 2008 roku mijały przepowiedziane 3 lata od diagnozy. Bałam się spać, bałam się, że już się nie obudzę… Próbowałam znaleźć kogoś, kto za wynajęcie pokoju poda szklankę herbaty i kolację. Niestety, moja teza, że w każdym człowieku drzemie dobro, przestała być prawdziwa. Poszukiwania uczciwego współlokatora skończyły się zniknięciem biżuterii, starego obrazu i karty kredytowej. Zostałam sama. Nie miałam odwagi dzwonić po moich uczniów. Nie chciałam zwalać się na głowę rodzicom, którzy już wychowywali moją córeczkę. Nie wiedziałam co lepsze dla mojego dziecka: patrzeć na chorą mamę, czy może lepiej wcale nie patrzeć… Wróciłam do Łodzi. Wędrówka od lekarza do lekarza wciąż trwa…
Dzisiaj leżę. Nie mówię, nie ruszam się, nie wychodzę z domu… 9 schodów to jak przepaść… Opiekują się mną rodzice, a o dobry humor dba córeczka: czyta mi, tańczy, śpiewa i prześlicznie rysuje. Ja spędzam całe dnie przed moim komputerem. Na jednej zakładce otwarty facebook, na innej czat i włączony komunikator. Jestem potrzebna. Moi byli uczniowie wciąż pytają o radę, chwalą się sukcesami, szukają pocieszenia. Na czacie wielu młodych ludzi szuka kogoś, z kim można poważnie porozmawiać. Wszyscy oczekują tego samego: zrozumienia, szacunku i trochę czasu. Doceniają to. Pewien młody człowiek, chcąc mi pomóc, zgłosił mnie do konkursu:
http://www.zwyklybohater.pl/po-prostu-wiola-niezwykla-w-swojej-zwyklosci...-336

Wprawdzie konkursu nie udało się wygrać, ale wszyscy zrozumieli, że jest szansa na to, żeby pani Wiola wyzdrowiała. Nawet nie pytali o co chodzi. Inicjatywa zrodziła się niemal natychmiast: KONCERT DLA WIOLI. Organizatorzy: byli uczniowie z Wołomina, miejsce: Wołomin… Spędziłam tam tylko osiem lat… duszą „wrosłam” na stałe… To taki inny świat, magiczny… Nie ma nigdzie takich ludzi jak tam: pięknych i dobrych. Wszyscy posuwają pomysły. Do moich uczniów dołączają ich rodzice, przyjaciele, znajomi. Dołączyła również pani Agata Olejnik – poetka, autorka prac plastycznych. Postanowiła podarować kilka swoich prac na aukcję, z której dochód przeznaczony będzie na moje leczenie. Wiem, że swoje prace chcą przekazać również inni plastycy, których nie znam osobiście. Pomóc stara się również Anna Nowicki, to moja siostra cioteczna. Ania mieszka obecnie w Australii. Znalazła tam konkurs "Super słoneczne marzenia". Nie mogła zgłosić mnie, bo nie jestem obywatelką Australii. Zgłosiła więc siebie, a ja jestem jej marzeniem

http://sunsuperdreams.com.au/dream/view/save-my-cousin-and-fight-als-1

Na koncercie wystąpi wielu bardzo młodych, zdolnych ludzi, między innymi Iga Janowiak – moja była uczennica, fantastyczna grupa CRASH TEST z Włocławka (kontakt: Michał Iżycki) oraz młodzieżowe grupy z Wołomina, Zielonki i okolic. Organizacją koncertu zajmują się: Michał Milewski oraz Joanna Zadrożna.

Aby pokazać Państwu swoją „armię” załączam zdjęcia: 

 Wspomniana możliwość wyleczenia, to zabieg, który może być wykonany w Arabii Saudyjskiej lub Jordanii. Nie mam nic do stracenia. Powoli umieram… Mam 40 lat, 8 letnią córkę, pasję i głowę pełną marzeń…

Szanowna Redakcjo, zwracam się do Państwa o pomoc – jeśli istnieje możliwość ogłoszenia:

1)informacji o zbiórce rzeczy na aukcję
2)informacji o potrzebie znalezienia sponsorów imprezy
3)informacji o samej imprezie w dniach 10 – 11.marca b.r. w Wołominie
4)informacji o możliwości głosowania
5)kontaktu do nas:
koncert.dla.wioli@wp.pl

lub na Facebook:

gadu – gadu: 5107285 Wiola

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , ,



6 Odpowiedzi do “Wołanie o pomoc dla Wioli Świerczek (chorej na SLA)”

  1. Tomek napisał(a):

    Sam deklaruje wpłatę 1% dla Pani Wioli i może uda się jeszcze kogoś poprosić o to samo.Niech będzie Pani dzielna.Jak w hymnie kibiców Liverpoolu „Nigdy nie będziesz sam”

  2. DOROTA napisał(a):

    WIOLA TRZYMAJ SIĘ DASZ RADĘ!!!

  3. DOROTA napisał(a):

    NAPISZCIE GDZIE KLIKAĆ ABY POMÓC WIOLI

  4. Paweł Rogaliński napisał(a):

    Pani Doroto,
    Najlepiej proszę się skontaktować bezpośrednio z mailem koncert.dla.wioli@wp.pl – tam z pewnością udzielą Pani wyczerpujących informacji na ten temat. Pozdrawiam

  5. Wiola Świerczek (chora na SLA) wygrała dzięki Waszym głosom! | PAWEŁ ROGALIŃSKI - BLOG DZIENNIKARSKI napisał(a):

    [...] Pamiętacie Wiolę Świerczek, chorą na SLA? (artykuł o niej można przeczytać tutaj: http://www.rogalinski.com.pl/polska/wolanie-o-pomoc-dla-wioli-swierczek-chorej-na-sla/&nbsp ;) . Wiola, dzięki głosom internautów, właśnie wygrała $5000, które [...]

  6. sylwia napisał(a):

    Pamiętam kiedy mój brat (wtedy uczeń SLO w Legionowie) razem ze swoimi kolegami… całe popołudnia spędzał z tajemniczą dla mnie wtedy nauczycielką języka niemieckiego… myślałam sobie… co to za zwyczaje… wieczorami… przesiadywanie z nauczycielką… co oni tam robią… co to za kobieta, która z nastolatkami spędza całe wieczory… i mówią że się uczą…. jak to???? TERAZ już wiem… to wspaniały pedagog, który każdą minutkę poświęcał wszystkim którzy tego potrzebowali. Mam nadzieję, ze teraz ta armia, która przeszła przez życie Pani Wioli wkroczy w nie ponownie i każdy przyniesie ze sobą choć odrobibnę pomocy. Nie można przekładać dobra, które otrzymali Ci młodzi ludzie na złotówki… ale to własnie ich teraz potrzeba. W podziękowaniu za otrzymane dobro razem z bratem dorzuciliśmy swoją cząstkę do mam nadzieję rosnącej sumy na koncie. Apeluję do innych… nie czekajcie az ktoś zrobi to za Was… pomóżcie… każda nawet najmniejsza kwota to szansa dla wspaniałego człowieka… Chciałabym aby mój syn miał takie szczęście jakie miał mój brat i jego koledzy… by w wieku kiedy inni borykają się z pierwszymi używkami… ucieczkami z domu… trafił na kogoś… kto powie mu w którą stronę warto iść

Odpowiedz