Strony: Poprzednia 1 2 3 ...43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 Następna
mar 08 29

 

Blog obchodzi dziś swoje 1 urodziny. Dokładnie rok temu, 29 marca, ukazały się dwa pierwsze wpisy. Przez ten rok stronę obejrzały 1542 osoby (czyli ponad 4 osoby dziennie!). Bardzo dziękuję za wsparcie i zainteresowanie moimi artykułami.

 

Serdecznie pozdrawiam,

  Paweł Rogaliński

Autor Paweł Rogaliński

lut 08 05

<W ARTYKULE WYPOWIEDZI EKSPERTA Z DZIEDZINY PRZECIWDZIAŁANIA BEZROBOCIU I ZARZĄDZANIA ZASOBAMI LUDZKIMI, PROF. ZDZISŁAWY JANOWSKIEJ>

 

 

Do niedawna ziemią obiecaną dla Polaków była Wielka Brytania, teraz raj u nas widzą cudzoziemcy zza wschodniej granicy.

 

  

     Dotychczas Rzeczpospolita Polska była postrzegana głównie jako kraj emigracyjny. Młodzi masowo wyjeżdżali do Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Irlandii, Hiszpanii i Niemiec. Państwa te są nadal drugim domem dla lwiej części młodych Polaków. Stały się ich pracowitymi wakacjami, bądź rzemiosłem na rok, góra dwa lata. Pomimo masowego wyjazdu, w kraju nadal odnotowuje się znaczne bezrobocie i jednocześnie wiele wolnych miejsc pracy. Dzieje się tak, ponieważ nasi rodacy nie chcą być obsadzani na mało płatnych stanowiskach, wybierają pracę „na czarno”, lub pobierają w zamian zasiłek dla bezrobotnych.

     Tymczasem imigracja utrzymywała się przez wiele lat na stałym, bardzo niskim poziomie. Gdy jednak wolnych miejsc pracy zaczęło przybywać, mniej zamożny Wschód postanowił wykorzystać tą szansę i spróbować szczęścia właśnie w Polsce. Na legalne zatrudnienie oczekują rzesze Ukraińców i Wietnamczyków. W ten sposób mało atrakcyjne dla Polaków wakaty stały się celem pożądania wielu przybyszy. I tu pojawia się dylemat – pozwolić im pracować, czy też nie?

     Coraz więcej krajowych firm naciska na władze, by te umożliwiły cudzoziemcom pracę w naszym państwie. Mieliby oni zastąpić braki po tych Polakach, którzy wyjechali na Zachód za chlebem. W wyniku coraz większego ubytku pracowników na rynku, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej prawdopodobnie ugnie się pod żądaniami pracodawców i zliberalizuje przepisy zezwalające cudzoziemcom na pracę w Polsce. Jest to jednak trudny orzech do zgryzienia, nawet dla znawców tematyki, bowiem argumenty za i przeciw przyjęciu obcokrajowców pod nasz dach są po obu stronach silne i przekonujące.

     O wypowiedzenie się na temat imigracji została poproszona pani poseł, prof. Zdzisława Janowska. Jest ona znanym badaczem i ekspertem oraz doradcą polityki gospodarczej z dziedziny restrukturyzacji, przeciwdziałania bezrobociu i zarządzania zasobami ludzkimi. Poruszając dość skomplikowaną kwestię ciemnych i jasnych stron imigracji, pani profesor stwierdziła, iż:

   

W obecnej sytuacji zmniejszającego się bezrobocia  i emigracji wysoko kwalifikowanych kadr za granicę, imigracja cudzoziemców staje się konieczna. Dotyczy to zarówno pracowników o zawodowych kwalifikacjach takich jak pracownika budowlanego, szwaczki, czy kadr wysoko kwalifikowanych takich jak lekarze. Brak rąk do pracy może zniweczyć wzrost rozwoju gospodarczego kraju. Mówi się o braku kilkuset tysięcy rąk do pracy (ok. 300 tys.).

 

  

     Z pewnością atutem „obcych” są ich małe wymagania – z chęcią podejmą się takich zawodów, które nie są popularne wśród Polaków ze względu na ich znikomą atrakcyjność. Wypełniliby w ten sposób nisze na rynku pracy, polepszając byt polskich przedsiębiorstw, mogących pracować wówczas pełną parą. Obecne braki kadry w firmach spowalniają je, zmniejszając atrakcyjność ich usług i powodując opóźnienia w wykonywaniu zamówionych zleceń. Pozbycie się problemu braku rąk do pracy „pozwoliłoby utrzymać tempo rozwoju gospodarczego Polski”. Nie martwilibyśmy się już o terminy, które są nam narzucane w związku z organizacją Euro 2012. Również rolnictwo w kraju, zyskując tanią siłę roboczą, stałoby się bardziej konkurencyjne na rynkach europejskich.

     Mówiąc o zaletach, pani prof. Zdzisława Janowska zauważyła, że najwięcej zyskają takie gałęzie gospodarki jak „instytucje budowlane, zakłady przemysłu lekkiego i niedługo placówki ochrony zdrowia. W każdym z tych przypadków kolosalną rolę mogliby odegrać właśnie pracownicy ze Wschodu”. Ale nie odegrają jej, dopóki nie zostaną spełnione dwa warunki. Pierwszy z nich, należący do samego społeczeństwa mówi, iż „pracownicy – cudzoziemcy muszą być godnie traktowani w polskim miejscu pracy”. Drugi, leżący w zadaniach władz, zdaniem pani poseł, to nieodpowiednie przepisy prawne dotyczące imigracji:

 

  

Muszą zostać one zliberalizowane, bowiem trudności z otrzymaniem wiz (np. dla pracowników z krajów Wschodu – Wietnam) są zbyt rygorystyczne. Istnieje niechęć polskich władz konsularnych (np. w Hanoi) do wydawania wiz dla obywateli Wietnamu. Moje bezpośrednie doświadczenia w tej kwestii dowodzą, że władze polskie świadomie zaostrzają przepisy uznając, że np. obywatele Wietnamu traktują Polskę jako miejsce do nielegalnego handlu, a nie miejsce do zdobywania wykształcenia czy podjęcia legalnej pracy.

 

  

     Każdy kij ma jednak dwa końce – liberalizacja przepisów przeprowadzona zbyt pochopnie i nieprecyzyjnie może nieść ze sobą poważne, negatywne skutki. Imigranci, zamiast podejmować mało opłacalną pracę w rolnictwie, mogą wybrać wspomniany już, mniej uciążliwy i bardziej dochodowy handel. Sprzedając tańsze i gorszej jakości towary produkowane w krajach azjatyckich, stanowiliby poważną konkurencję dla naszych małych i średnich firm. Dodatkowo spowodowaliby utrzymanie niskiego poziomu płac, co w połączeniu z ciągłym wzrostem kosztów utrzymania doprowadziłoby do wyjazdu na Zachód kolejnej rzeszy Polaków.

     Obecnie rządzący podejmują drobne kroki, by umożliwić cudzoziemcom pracę w naszym kraju i jednocześnie zrealizować plany budowy autostrad i stadionów na zbliżające się Euro 2012. Wprowadzone od 1 lutego prawo zezwalające na legalne zatrudnianie naszych wschodnich sąsiadów na 6 miesięcy to jednak za mało. Małgorzata Krzysztoszek z PKPP Lewiatan nie jest w pełni usatysfakcjonowana nowym przepisem. Twiedzi, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie obcokrajowcom na pracę na czas realizacji danego projektu. Zdzisława Janowska również nie sądzi, aby nowe prawo wiele zmieniło:

 

  

Ciągłe i nieustanne trudności przy otrzymywaniu wiz powodują, że poważne rozmowy prowadzone między przedsiębiorcami polskimi a wietnamskimi w celu podpisania kilkuletniego kontraktu często kończą się fiaskiem. A na pracy cudzoziemców wiele gałęzi gospodarki może tylko zyskać.

 

  

     Im Polska będzie bardziej zamożna, tym więcej cudzoziemców będzie do niej lgnąć. Legalnie, czy też nie (przedzierając się przez tak zwaną zieloną granicę), obcokrajowców będziemy napotykać na ulicach coraz częściej. Możemy zadać pytanie – jaką rolę przyjmą „nowi”? Komplementarną, wypełniając wakaty i przyspieszając rozwój rodzimej gospodarki, czy też substytucyjną, wypierając naszych pracowników z ich pierwotnych miejsc pracy? Jakiej roli by nie przyjęli, faktem jest, że szybki wzrost gospodarki wymaga większej liczby fachowców, których obecnie brakuje. Czy będzie to więc lek dla polskich planów na przyszłość, czy niekontrolowany zalew taniej siły roboczej, dowiemy się w ciągu najbliższych kilku lat.

     Masowa emigracja, jak i imigracja są zjawiskami nieuniknionymi do czasu wyrównania płac w krajach europejskich. Ale jak długo będzie trwać ich wyrównywanie, tak długo będziemy szukać swojej ziemi obiecanej, uczciwych zarobków oraz godnego i spokojnego życia. W ostatnich wyborach parlamentarnych Polacy w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Stanach Zjednoczonych i innych krajach masowo głosowali, stojąc w gigantycznych, trzygodzinnych kolejkach. Było to nie tylko przejawem patriotyzmu, ale i wołaniem do nowo wybranej władzy: przywróćcie normalność jak najszybciej, my chcemy do domu.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

gru 07 30

W ówczesnej Polsce przyszłość jakiejkolwiek partii wydaje się bardzo niepewna. W wielu przypadkach siły polityczne okazują się sezonowe, zyskują zaufanie społeczeństwa podczas rządów przeciwników, swój sukces osiągają w kolejnych wyborach i po latach nieudolnych rządów schodzą w cień sceny politycznej[1]. Powyższy schemat powtarza się w Polsce niezwykle często. Rzadziej mamy do czynienia z partiami, które mają stały, żelazny elektorat, mogący zapewnić im reprezentantów w parlamencie przez wiele lat. Wolność wyboru powoduje znaczne wahania elektoratu, skłaniającemu się ku coraz nowym partiom, obiecującym więcej i więcej[2]. Lewica o zszarganej opinii postkomunistycznej przez wszystkie lata III RP starała się odzyskać zaufanie wyborców. Czy uda jej się osiągnąć ten cel? Czy też zaniknie, tracąc ostatnich swoich zwolenników?

Dość ciężko określić słowo ?lewica? i przyporządkować je konkretnej partii na polskiej scenie politycznej. Specyficzną cechą krajowych sił politycznych jest ich program, wielokrotnie łączący elementy prawicowe i lewicowe, co powoduje niezwykle poważny problem z umiejscowieniem ich po którejkolwiek ze stron[4]. Co więcej, niemożliwym okazuje się zaklasyfikowanie danych programów pod: prawicę, lewicę czy centrum bez posłużenia się dużym uproszczeniem. Właśnie takie uproszczenie było tu niezbędne, dlatego wielu może się nie zgodzić z przyjętymi kryteriami podziału programów. Nie jest ono jednak na tyle istotne, by miało znaczący wpływ na wnioski dotyczące dalszych dziejów lewicy.

1989

W 1989 roku mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem wyborów kontraktowych. Przypadały one na kres istnienia Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i narodziny III Rzeczpospolitej Polskiej. W rzeczywistości nie było to jednak przejście natychmiastowe i trwało kolejne dwa lata. Komunistyczny rząd zrobił wszystko, by opozycja miała jak najmniej czasu na przygotowanie się do wyborów, tak więc niedługo po ustaleniach ?okrągłego stołu? zaplanowano głosowanie. Wybory nie były zupełnie wolne, bowiem PZPR i partie jej podporządkowane miały zagwarantowane 65% miejsc w Sejmie. Wybory do Senatu były natomiast wolne. Głosowanie to ukazało olbrzymie zniechęcenie do reżimu i szerokie społeczne poparcie dla ?Solidarności?. W Senacie 99 miejsc na 100 zdobyła właśnie opozycja[6]. Mandaty w Sejmie były rozłożone w następujący sposób:

Wybory do Sejmu 1989 roku[7]:
Lewica komunistyczna: 65%

Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – 38% (173 mandaty)

Zjednoczone Stronnictwo Ludowe – 17% (76 mandatów)

Stronnictwo Demokratyczne – 6% (27 mandatów)

PAX – 2% (10 mandatów)

Unia Chrześcijańsko-Społeczna – 2% (8 mandatów)

Polski Związek Katolicko-Społeczny – 1% (5 mandatów)

Centrum: 0%

brak

Prawica: 35%

Obywatelski Klub Parlamentarny[8] – 35% (161 mandatów)

Rząd Tadeusza Mazowieckiego był rządem szerokiej koalicji, w której kluczowe ministerstwa zachowali komuniści. Z biegiem czasu obóz rządzący zaczął się dzielić i wykruszać. Również obóz ?solidarnościowy? w wyniku wewnętrznych podziałów osłabł. Powstało wiele nowych ugrupowań, które rozdrobniły scenę polityczną. Dotychczasowa polaryzacja zaczęła zanikać przez szereg waśni i sporów, które wyłoniły szereg pomniejszych partii i jednocześnie sparaliżowały wszelkie instytucje władzy w Polsce. Dobrym przykładem jest tu spór premiera Bieleckiego z Jarosławem Kaczyńskim, ówczesnym szefem Kancelarii Prezydenta[9]. Po dwóch latach wspólnych rządów sytuacja w Sejmie wyglądała następująco:

Podział sił politycznych w Sejmie w 1991 roku[10]:

Lewica: 59%

Lewica Demokratyczna – 22% (102 mandaty)

Zjednoczone Stronnictwo Ludowe – 14% (65 mandatów)

Stronnictwo Demokratyczne – 5% (21 mandatów)

PAX – 2% (10 mandatów)

Unia Chrześcijańsko-Społeczna – 2% (8 mandatów)

Polski Związek Katolicko-Społeczny – 1% (4 mandatów)

Poselski Klub Pracy – 9% (39 mandatów)

Klub Niezależnych Posłów (b. PZPR) – 2% (7 mandatów)

Klub Posłów Wojskowych (b. PZPR) – 2% (7 mandatów)

Solidarność Pracy – 1% (5 mandatów)

Centrum: 12%

Unia Demokratyczna – 11% (49 mandatów)

Polskie Stronnictwo Ludowe – 1% (4 mandaty)

Parlamentarny Klub Ekologiczny – 1% (3 mandaty)

Prawica: 25%

Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie ?Ojcowizna? – 2% (8 mandatów)

Obywatelski Klub Parlamentarny – 23% (105 mandatów)

Posłowie niezrzeszeni: 4%

(20 mandatów)

Jak widać, osłabła zarówno lewica, jak i prawica, co było spowodowane wyłonieniem się centrum i części niezrzeszonej. W wyniku sporów i kłótni, rozpisanie nowych wyborów było nieuniknione.

1991

Wybory w 1991 roku były pierwszymi w pełni wolnymi wyborami do parlamentu w historii III RP. Postkomunistyczna lewica poniosła w nich sromotną klęskę, schodząc na margines sceny politycznej. Również prawica straciła część poparcia, uzyskując niewiele wyższy wynik od lewicy. Społeczeństwo zaufało partiom centrowym, oddając znaczną część władzy w ich ręce. Brak progu wyborczego spowodował jednak znaczne rozdrobnienie partii politycznych w parlamencie, co utrudniło osiągnięcie wspólnego stanowiska, wywoływało wiele sporów i w efekcie stworzyło nieudolne rządy.

Podział sił politycznych w Sejmie w 1991 roku[11]:

Lewica: 14%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 13% (60 mandatów)

Solidarność Pracy – 1% (4 mandaty)

Centrum: 61%

Unia Demokratyczna – 14% (62 mandatów)

Polskie Stronnictwo Ludowe – Sojusz Programowy – 10% (48 mandatów)

Konfederacja Polski Niepodległej – 10% (46 mandatów)

Porozumienie Obywatelskie Centrum – 10% (44 mandaty)

Kongres Liberalno – Demokratyczny – 8% (37 mandatów)

Porozumienie Ludowe – 6% (28 mandatów)

Polska Partia Przyjaciół Piwa – 4% (16 mandatów)

Prawica: 18%

Wyborcza Akcja Katolicka – 11% (49 mandatów)

NSZZ ?Solidarność? – 6% (27 mandatów)

Chrześcijańska Demokracja – 1% (5 mandatów)

Unia Polityki Realnej – 1% (3 mandaty)

Posłowie 17 pomniejszych ugrupowań: 7%

(31 mandatów)

Silne rozdrobnienie partii (było ich aż 29) spowodowało trudności ze sformowaniem rządu. Ostatecznie udało się to Janowi Olszewskiemu, stojącemu na czele koalicji partii prawicowych. Rząd ten szybko upadł po głośnej aferze teczkowej[12]. Kolejny rząd (Hanny Suchockiej), propagujący nadmierną klerykalizację życia politycznego, szybko stracił władzę i w rzeczywistości spowodował kolejne przyspieszone wybory. W ten sposób, w wyniku wewnętrznych sporów, solidarnościowi politycy obalili solidarnościowy rząd. Po dwóch nieudanych ?próbach? wyborcy stracili zaufanie do prawicy, co znalazło odzwierciedlenie w wyborach 1993 roku[13].

1993

Wprowadzony próg wyborczy ograniczył ilość partii w parlamencie. Dobrym przykładem jest tu dziewięć ugrupowań prawicowych, które zdobyły łącznie 33,45% głosów, ale nie znalazły się w parlamencie, gdyż żadne z nich nie osiągnęło wymaganego progu 5% poparcia. W wyniku tego prawica zniknęła z ław sejmowych, ustępując miejsca postkomunistycznym SLD i PSL. Te dwie partie utworzyły koalicję[14].

Podział sił politycznych w Sejmie w 1993 roku[15]:

Lewica: 46%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 37% (171 mandatów)

Unia Pracy – 8% (41 mandatów)

Centrum: 50%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 29% (132 mandaty)

Unia Demokratyczna – 16% (74 mandaty)

Konfederacja Polski Niepodległej – 5% (22 mandaty)

Prawica: 0%

brak

Brak klasyfikacji: 4%

Bezpartyjny Blok Wspierania Reform – 3% (16 mandatów)

Mniejszość Niemiecka – 1% (3 mandaty)

TS-K Niemców Województwa Katowickiego – 0,2% (1 mandat)

W dwa lata później wybory prezydenckie wygrał Aleksander Kwaśniewski, pełniący funkcje przewodniczącego SLD. W 1996 roku pokonana prawica wyciągnęła wnioski ze swojej klęski i postanowiła zjednać siły, tworząc wspólne ugrupowanie – Akcję Wyborczą ?Solidarność?, w skład której weszło kilkadziesiąt ugrupowań. Tuż przed wyborami, w wyniku powodzi w lipcu 1997 roku i nieopatrznych słów premiera Cimoszewicza[16], SLD straciło na popularności[17].

1997

W wyborach 1997 roku zwyciężyła prawicowa AWS, która utworzyła koalicję z UW.

Podział sił politycznych w Sejmie w 1997 roku[18]:

Lewica: 36%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 36% (164 mandaty)

Centrum: 20%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 6% (27 mandatów)

Unia Wolności – 13% (60 mandatów)

Ruch Odbudowy Polski – 1% (6 mandatów)

Prawica: 44%

Akcja Wyborcza ?Solidarność? – 44% (201 mandatów)

Chaotyczne wprowadzanie reform zwiększających biurokrację i powszechna krytyka polityki gospodarczej Leszka Balcerowicza doprowadziły do zmniejszenia popularności partii rządzących. W dodatku w wyniku wewnętrznych sporów, koalicja rozpadła się. Duże problemy prawicy wykorzystała lewica, przekształcając SLD w jednolitą partię. Dodatkowo w 2000 roku przeprowadzone były kolejne wybory prezydenckie, które znów wygrał Aleksander Kwaśniewski. Wybory te pokazały, że popularność lewicy z każdą chwilą wzrasta. W między czasie nastąpiła dekompozycja AWS i UW, powstały natomiast nowe partie – Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość oraz Liga Polskich Rodzin[19].

2001

W tych wyborach niekwestionowany sukces odniosła koalicja SLD-UP.

Podział sił politycznych w Sejmie w 2001 roku[20]:

Lewica: 59%

Sojusz Lewicy Demokratycznej-Unia Pracy – 47% (216 mandatów)

Samoobrona RP – 12% (53 mandaty)

Centrum: 23%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 9% (42 mandaty)

Platforma Obywatelska RP – 14% (65 mandatów)

Prawica: 18%

Prawo i Sprawiedliwość – 10% (44 mandaty)

Liga Polskich Rodzin – 8% (38 mandatów)

Wiele afer (m.in. słynna Afera Rywina) i niejasności w sferze negocjacji ustaleń kopenhaskich w sprawie akcesji Polski do Unii Europejskiej przyczyniło się do spadku popularności partii rządzących i zwiększenia się liczby eurosceptyków i ksenofobów wśród społeczeństwa. Wzrosły też notowania partii uznawanych dotąd za radykalne – LPR i Samoobrony[21]. W tym ostatnim przypadku mogło się do tego przyczynić także duże niezadowolenie ludności na wsi. Dramatyczny spadek poparcia SLD i UP groził brakiem reprezentacji tych partii w przyszłym Sejmie RP. Nie było też miejsca na nowo powstałe partie – Socjaldemokrację Polską i Demokratów.pl, które w kolejnych sondażach nie osiągały progu wyborczego[22].

2005

2005 rok przyniósł ze sobą rywalizację między dwoma najbardziej popieranymi stronnictwami – Platformą Obywatelską oraz Prawem i Sprawiedliwością. Do niemalże samego końca wyborcy byli przekonani o przyszłych wspólnych rządach PO-PiS, dlatego wiele osób wahało się w wyborze między nimi. Dotychczas spokojną kampanię przerwał w ostatnim tygodniu przed wyborami szereg spotów PiS wymierzonych przeciwko swojemu dotychczasowemu koalicjantowi – PO. Spoty miały na celu przedstawić polityków Platformy jako liberałów wspierających wyłącznie najbogatszych[23]. Agresywna polityka partii Kaczyńskich była dużym zaskoczeniem dla ich niedawnych sprzymierzeńców i przechyliła szalę zwycięstwa na stronę Prawa i Sprawiedliwości[24]. SLD przestało się liczyć na scenie politycznej, ale ich wynik był jednak wygraną w przegranej – ich dawny sojusznik, UP, nie miał już tyle szczęścia i nie przekroczył progu wyborczego.

Podział sił politycznych w Sejmie w 2005 roku[25]:

Lewica: 24%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 12% (55 mandatów)

Samoobrona RP – 12% (56 mandatów)

Centrum: 34%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 5% (25 mandatów)

Platforma Obywatelska RP – 29% (133 mandaty)

Prawica: 41%

Prawo i Sprawiedliwość – 34% (155 mandatów)

Liga Polskich Rodzin – 7% (34 mandaty)

Brak klasyfikacji: 1%

Mniejszość Niemiecka – 1% (2 mandaty)

Agresywna kampania PiS-u pogrzebała na długo możliwość zawiązania koalicji z Platformą. Jako największa partia w nowym parlamencie, PiS musiało szukać nowych koalicjantów. Stały się nimi dwie partie: populistyczna Samoobrona i katolicko-nacjonalistyczny LPR. W wirze awantur i afer, koalicja wytrzymała ledwie dwa lata. Dodatkowo, przez poparcie ze strony wpływowego zakonnika, Tadeusza Rydzyka, koalicjanci ?zyskali? nieprzychylność reszty mediów, atakujących radykalne posunięcia partii rządzących.

2007

Po dwóch latach rządów prawicy z populistami, przyszedł czas na kolejne wybory. Lewica, dotychczas rozproszona, postanowiła skonsolidować swoje siły i złączyła się w Lewicę i Demokratów[26]. Pamiętający jednak o niedawnym ?Rywinlandzie? i ?Rzydzyklandzie? wyborcy, nie zagłosowali ani na lewicę, ani na prawicę[27]. Duża część głosowała najzwyczajniej przeciwko obu tym siłom, stawiając na centroprawicową Platformę i jej koalicjanta – PSL. Dodatkowymi przyczynami niepowodzenia LiD była silna polaryzacja sił między PO a PiS oraz niedyspozycja ?twarzy? lewicy (Aleksandra Kwaśniewskiego)podczas publicznych wystąpień. Do parlamentu nie weszły skrajne ugrupowania LPR i Samoobrony, co do których ludność straciła zaufanie[28].

Podział sił politycznych w Sejmie w 2007 roku[29]:

Lewica: 12%

Lewica i Demokraci – 12% (53 mandaty)

Centrum: 52%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 7% (31 mandatów)

Platforma Obywatelska RP – 45% (209 mandatów)

Prawica: 36%

Prawo i Sprawiedliwość – 36% (166 mandatów)

Brak klasyfikacji:

Mniejszość Niemiecka – 0,2% (1 mandat)

Będąca w stanie rządzić koalicja PO-PSL postawiła na minimalizowanie ilości afer i maksymalizowanie efektów swojej pracy, które społeczeństwo mogłoby dostrzec. Platforma zadbała o to, aby wyborcy, zmęczeni dziesiątkami afer za rządów PiS-LPR-Samoobrona, nie zawiedli się na nowych partiach rządzących. Prasa słusznie zauważyła, że obecni koalicjanci dokładają wszelkich starań, aby było? nudno. Obywatele będą wtedy w stanie docenić pracę rządu i wprowadzone reformy. Co więcej, lider PO, Donald Tusk, prawdopodobnie szykuje się do wyborów prezydenckich w 2010 roku[30]. Dlatego też stara się, aby nie zmniejszyć popularności jego partii, sięgającej obecnie według najnowszego sondażu TNS OBOP aż 59%. Kolejną popieraną partią jest PiS, na który głosowałoby 19% ankietowanych, następnie LiD z 9-procentowym poparciem oraz PSL – 7%. Reszta partii nie weszłaby do parlamentu[31].

Jak nie trudno zauważyć, przeważnie po rządach lewicy następuje czas na prawię i vice versa. W 1989 roku powstały rządy na wpół demokratyczne. Popierana przez społeczeństwo prawica podzieliła się jednak przez te dwa lata na tyle znacznie, że społeczeństwo, zniechęcone do niedawnych komunistów i kłótliwej prawicy, poparło centrum. Powstały wtedy dwa awanturnicze rządy koalicji centroprawicowych, przyczyniających się znacznie do dużego rozczarowania wyborców, którzy w 1993 roku poparli lewicę (SLD-PSL-UP). Po 4 latach znów nastąpił zwrot sympatii ku prawicy (AWS-UW), która po swojej skończonej kadencji w 2001 roku oddała władzę w ręce SLD-UP. W ten sposób, po 4 latach skompromitowana lewica przekazała pałeczkę prawicowej koalicji PiS-LPR-Sammoobrona[32]. Ponieważ rządy te trwały jedynie dwa lata (jak w przypadku lat 1989-91), przyszedł czas na centroprawicę – Platformę Obywatelską. Analogicznie, ciąg przyczynowo-skutkowy powinien być taki sam, ale chyba nie do końca.

2011

Z wykresu przedstawiającego poparcie poszczególnych ideologii w kolejnych wyborach, łatwo zauważyć, że poparcie partii centrowych wciąż rośnie, zaś lewicowych i prawicowych spada. Kolejne wybory, które powinny się odbyć w 2011 roku, mogą przynieść trzy najbardziej prawdopodobne scenariusze:

Scenariusz I: Platforma Obywatelska i PSL nadal będą unikać afer, koncentrując się na pracy. Zależy na tym w szczególności Donaldowi Tuskowi, chcącemu wygrać wybory prezydenckie w 2010 roku. Koalicja PO-PSL utrzymają więc poparcie na wysokim poziomie, zyskując ?swojego? prezydenta i w sposób wyjątkowy (bo do tej pory taki przypadek jeszcze się nie zdarzył) wygrywając wybory parlamentarne po raz drugi z rzędu.

Scenariusz II: Polega na analogicznym przeniesieniu faktów z 1989-93 roku na czasy obecne. Zgodnie z nim Platforma skompromitowałaby się w ciągu czterech lat rządów, zniechęcając do siebie znaczną część wyborców. Prawica pozostałaby słaba (nawet na obecnym poziomie około 19% poparcia), zaś lewica skonsolidowałaby siły, wysuwając nowy program i nowe pomysły, które przyciągnęłyby dużą część elektoratu. Mógłaby być to LiD, lub też nowa siła polityczna.

Scenariusz III: Pozycja Lewicy i Demokratów się nie zmieni a poparcie Platformy spadnie. PO nie będzie już dłużej w stanie rządzić ze swym mniejszym koalicjantem – PSL i będzie zmuszone do rozmów z Prawem i Sprawiedliwością. Powstanie od dawna zapowiadana koalicja PO-PiS.

Każda nowo powstała partia nie będzie raczej w stanie wpłynąć na którykolwiek ze scenariuszy. Może ewentualnie zastąpić którąś z wymienionych powyżej partii, ale nie powinna zmienić sympatii społeczeństwa do danej ideologii.

2015

Zgodnie z trzema scenariuszami z wyborów roku 2011, kolejne ?rozdanie? powinno wyglądać następująco:

Scenariusz I: Po ośmiu latach rządów Platformy Obywatelskiej, zniechęceni do niej wyborcy postawią tym razem na lewicę. PO przegra tym bardziej, że straci również ?swojego? prezydenta. Lewica zaś wygra podwójnie, rządząc z popierającą ją głową państwa, jak to robiła w latach 2001-2005.

Scenariusz II: Lewica u władzy zbrzydłaby społeczeństwu, wybierającemu na jej miejsce partie prawicowe. To one miałyby kraj u steru przez kolejne cztery lata. Po nich prawdopodobnie znów przejęłaby władzę lewica.

Scenariusz III: Koalicja PO-PiS skompromituje się w oczach elektoratu, oddając przy kolejnych wyborach władzę w ręce lewicy. I tu również prezydent należałby do środowiska lewicowego, wspierając działania rządzących.

Według wielu politologów partie lewicowe zanikają. Mówi się o ?kulejącej lewej nodze?, podaje za przykład niezbyt dobrą sytuację partii socjaldemokratycznych w Niemczech, we Francji, w USA[33]. Często też zwraca się uwagę na przejęcie ideologii lewicowej przez prawicowe partie. Te ostatnie przywłaszczyły model państwa opiekuńczego, wypierając swoich dawnych konkurentów i odbierając im elektorat. Stały się hybrydami, ale wciąż nazywają siebie prawicą[34].

Lewica, owszem, mogła na tym ucierpieć, bowiem ciężko jest, gdy chadecy i konserwatyści są bardziej socjaldemokratyczni niż sami socjaldemokraci[35]. Nie powinna jednak zaniknąć, jak wróżą jej politolodzy. Prawdopodobnie jest to zwykła tendencja w Europie, która od zawsze się zmieniała i od zawsze wpływała na większość krajów na raz. Dobrym przykładem byłyby tu nastroje anty-demokratyczne tuż przed II Wojną Światową, lub ?moda? w Europie Zachodniej lat 90-tych na lewicę.

Jest możliwe, że Lewica i Demokraci tego nie przetrwają, nie wytrzymają wielu lat dezaprobaty społecznej. Jest nawet prawdopodobny całkowity zanik i upadek LiD-u. Ale mówimy tutaj wyłącznie o LiD, a nie o lewicy, bowiem zawsze na miejsce jednej siły politycznej powstanie kolejna[36]. Tym bardziej, aby temu zapobiec, cztery partie składowe na czele z SLD powinny zaprosić do koalicji pomniejsze partie lewicowe. Łącząc siły można uzyskać bardzo wiele, co udowodniło nam AWS. Ponadto, LiD powinno wybrać nową ?twarz? partii i nowego lidera SLD. Ta pierwsza była niezbyt celnym trafem, drugi zaś nie posiada charyzmy, którą każdy dobry przywódca posiada. Bez odpowiedniego dowództwa tej siły politycznej będzie bardzo ciężko odzyskać zaufanie wyborców. Jednak jakie kroki poczyni LiD? A jakie Platforma? Na te odpowiedzi będziemy musieli poczekać, teraz można wyłącznie snuć spekulacje.

Bibliografia:

Prasa:

?Dziś: przegląd społeczny? 2007.

?Forum klubowe? 2007.

?Newsweek? 2007.

?Polityka? 2007.

?Wprost? 2007.

Materiały internetowe:

http://fakty.interia.plhttp://jazdzewski.pl/feed/.

http://ludzie.wprost.pl/cr/1992/1/.

http://www.money.pl

http://www.olszewski.pl/historia.htm.

http://www.pis.org.pl/unit.php?o=rzad.

http://sld.org.pl/.

http://wiadomosci.onet.pl/1664762,11,item.html.

http://www.wiadomosci24.pl

http://pl.wikipedia.org/.

Centrum Badania Opinii Społecznej, http://www.zigzag.pl/cbos/.

Literatura:

Adam Wojtaszczyk, Wiedza o społeczeństwie, Warszawa 2004.

John Gray, Dwie twarze liberalizmu, Warszawa 2001.

John Stuart Mill, O wolności, Warszawa 1999.

Jerzy Robert Nowak, Co Polska dała światu, Warszawa 2007.

Lech Moryksiewicz, Maria Pacholska, Wiedza o społeczeństwie, Warszawa 2004.

Marceli Kosman, Kultura polityczna w Polsce: swoi i obcy, Poznań 2004.

Maria Pieniążek, Historia XIX-XX wiek, Warszawa 1999.

Robert Śniegocki, Historia: Burzliwy wiek XX, Warszawa 2005.

Tomasz Schramm, Historia powszechna: wiek XX, Poznań 2003.

Życie Świata, Dzieje Świata, Polska u progu XXI wieku, Poznań 2003.

——————————————————————————–

[1] Tomasz Schramm, Historia Powszechna: wiek XX, Poznań 2003, s. 208-219.
[2] John Stuart Mill, O wolności, Warszawa 1999, s. 17.
[3] Jerzy Robert Nowak, Co Polska dała światu, Warszawa 2007, s. 64-66.
[4] Robert Śniegocki, Historia: Burzliwy wiek XX, Warszawa 2005, s. 322.
[5] Więcej w: Marceli Kosman, Kultura polityczna w Polsce: swoi i obcy, Poznań 2004, s. 191-208.
[6] Maria Pieniążek, Historia XIX-XX wiek, Warszawa 1999, s. 285.
[7] http://pl.wikipedia.org/wiki/Sejm_X_kadencji_1989-1991, 01.12.2007.
[8] klub parlamentarny zrzeszający posłów i senatorów, wybranych z listy Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”. Związek uważany był przez wielu za ruch prawicowy, z pewnością jednak daleko mu było do podobnej ideologii. Początkowo wysuwane żądania w stronę władz miały na celu polepszyć byt społeczeństwa, nie zaś obalić system komunistyczny. ?Solidarność? wysuwała propozycje stworzenia ?komisarz-ue-eurosocjalizm-to-fantazja/”target=”_blank”title=”Eurosocjalizm, socjalizm” >socjalizmu z ludzką twarzą?, wierzyła, że państwo ?ludowe? można umiejętnie zreformować. Jeśli zaś mimo wszystko uznamy ją za ruch prawicowy, nie będziemy mogli już tego samego powiedzieć po roku 1989, kiedy to związek zawodowy zaczął bronić pracowników przed pracodawcami, a nie jak wcześniej – władzami PRL. W tabeli jednak zakładam, iż Obywatelski Klub Parlamentarny należy do prawicy, stojąc w opozycji do PZPR i partii od niej zależnych.
[9] Maria Pieniążek, op. cit., s. 288.
[10] http://pl.wikipedia.org, op. cit.
[11] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_1991_roku, 03.12.2007.
[12] http://www.olszewski.pl/historia.htm, 28.12.2007.
[13] http://ludzie.wprost.pl/cr/1992/1/, 28.12.2007.
[14] http://sld.org.pl/, 27.12.2007.
[15] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_1993_roku, 14.12.2007.
[16] W lipcu 1997 roku Włodzimierz Cimoszewicz komentując poważne skutki powodzi stwierdził, iż powodzianie są winni swojej sytuacji, gdyż ?trzeba było się ubezpieczyć?. Mimo przeprosin, SLD poniosło skutki tej wypowiedzi.
[17] Maria Pieniążek, op. cit., s. 289.
[18] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_1997_roku, 16.12.2007.
[19] Lech Moryksiewicz, Maria Pacholska, Wiedza o społeczeństwie, Warszawa 2004, s. 180-181.
[20] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2001_roku, 19.12.2007.
[21] Centrum Badania Opinii Społecznej, http://www.zigzag.pl/cbos/results.asp?srchtype=general&q1=wybory&q2=&q3=&q4=&qtype=all&mode=opt&q=a1&pgsz=30&pgno=1, K_030_03.pdf, 20.12.2007.
[22] Ibidem, K_086_05.pdf, 20.12.2007.
[23] John Gray, Dwie twarze liberalizmu, Warszawa 2001, s. 113-129.
[24] http://www.pis.org.pl/unit.php?o=rzad, 27.12.2007.

[25] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2005_roku, 22.12.2007.
[26] Więcej w: ?Forum klubowe?, luty-kwiecień 2007, s. 67-78.
[27] http://jazdzewski.pl/feed/, 28.12.2007.
[28] Centrum Badania Opinii Społecznej, op. cit., K_156_07.pdf, 23.12.2007.
[29] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2007_roku, 23.12.2007.
[30] http://wiadomosci.onet.pl/1664762,11,item.html, 28.12.2007.

[31] http://wiadomosci.onet.pl/1662067,11,item.html, 25.12.2007.
[32] Ta ostatnia, choć populistyczna i rzekomo lewicowa, nie miała dużego wpływu na kierunek polityki koalicji. Uznaję ją więc za prawicową.
[33] ?Polityka?, 08.12.2007, s. 52-54.
[34] ?Polityka?, 08.09.2007, s. 24-26.
[35] ?Polityka?, 08.12.2007, op. cit.
[36] ?Forum klubowe?, maj-czerwiec 2007, s. 44-47.

Autor Paweł Rogaliński

gru 07 10

 

 

     Emigracja zarobkowa z Polski do Wielkiej Brytanii osiągnęła kolosalne rozmiary. Rodacy na Wyspach pracują już nie tylko na najniższych szczeblach kariery zawodowej, ale coraz częściej sięgają po lepiej płatne, renomowane posady, zarezerwowane niegdyś wyłącznie dla Anglików. Nasuwa się pytanie – kto jest lepiej wykształcony? Słowianin znad Wisły, czy też Wyspiarz? O rozmowę na ten temat poprosiłem panią Mariannę, magister filologii angielskiej, obecnie nauczycielkę New Hall School, renomowanej szkoły z internatem w miejscowości Chelmsford w Anglii.  

 Co skłoniło Panią do wyjazdu za granicę? 

 

 Zdecydowałam się wyjechać wyłącznie ze względu na poziom zarobków, które w kraju są upokarzająco niskie. Pomimo przyjemności, którą dawała mi praca w Polsce, postanowiłam nauczać w Anglii za dużo wyższą płacę. 

 Czy praca nauczyciela jest dla Pani satysfakcjonująca? 

 Tak. Praca w Polsce jest wyjątkowo satysfakcjonująca, mamy bardzo zdyscyplinowaną młodzież, chętnie uczącą się, dodatkowo zdolną i niejednokrotnie wybitną. Wszystkie te przemyślenia przyszły po moim wyjeździe za granicę. Myślę, że nauczanie w kraju przynosiło i prawdopodobnie będzie zawsze przynosić dużą przyjemność czy to w Polsce, czy w Anglii. 

 Czy zamierza Pani wrócić w rodzinne strony? Jeśli tak, to kiedy? 

 Mój wyjazd za granicę opierał się na zdobyciu doświadczenia i zarobieniu pewnej ilości środków finansowych, aby po przyjeździe do Polski móc sobie pozwolić na kupno mieszkania czy samochodu. Oczywiście, zdecydowanie chcę wrócić do kraju, ponieważ to, co się słyszy o zagranicy, a to, czego się doświadcza, to dwie różne historie. 

 Na czym więc polegają te różnice? 

 Uczę w angielskim college?u, jest to dość prestiżowa szkoła. Jej siedziba mieści się w szesnastowiecznej rezydencji królów Anglii, tak zwanym pałacu Beaulieu. Nie jest to pierwsza lepsza instytucja tego typu, jej standardy są bardzo wysokie. Mimo to różnice w nauczaniu są niezwykle duże na niekorzyść Anglików. Przed wyjazdem uczyłam w polskich szkołach państwowych i wiem, jaki jest tam poziom edukacji, jakie są wymagania i jakie podejście uczniów do przedmiotów. Polskie dzieci są bardzo zdyscyplinowane, chętne do pracy, świadome potrzeby wykształcenia. Ich angielscy rówieśnicy wprost przeciwnie. Do nauczycieli, a nawet dyrekcji szkoły nie mają żadnego szacunku. W ten sam sposób podchodzą do nauki, czego skutkiem jest bardzo płytka i powierzchowna wiedza wyniesiona po latach edukacji. Będąc Polką znam język angielski znacznie lepiej niż brytyjscy maturzyści. Ale problem niewiedzy nie dosięga tylko dzieci; w dużym stopniu dotyczy on również tutejszej kadry. Absolwent angielskiej wyższej szkoły, załóżmy o kierunku humanistycznym, pomimo braku kompetencji, naucza matematyki, fizyki czy chemii. 

 W czym więc tkwi problem szkół angielskich? A może to społeczeństwo jest winne takiemu stanowi rzeczy? 

 Jesteśmy biedniejszym krajem niż Wielka Brytania, a więc musimy znacznie więcej pracować, by coś w życiu osiągnąć. Uczniowie New Hall School są dość zamożni, wielu z nich ma arystokratyczne pochodzenie, a ich przyszłość jest zapewniona już w tym momencie, więc po co się uczyć? Nawet ci Brytyjczycy, którzy nie zdobyli wyższego wykształcenia, mają poczucie zapewnionej przyszłości – dobrze płatnej pracy i godnego życia. W Polsce taka sytuacja niestety nie ma miejsca. Bez ukończenia odpowiedniej szkoły i znajomości minimum jednego języka obcego możemy znaleźć się bez pracy i dachu nad głową. 

 Czy Anglicy uczą się języków obcych? 

 Jako przedmioty, języki obce oczywiście widnieją. Zdarzyła się jednak sytuacja, gdzie prowadziłam zajęcia języka francuskiego. Zapytałam uczniów, ile lat uczą się tego przedmiotu, gdyż nie byłam pewna, czy będę w stanie poprowadzić te ćwiczenia. Ja uczyłam się francuskiego około dwóch lat, oni zaś sześć. O dziwo byłam w stanie poprowadzić lekcję bez problemu, gdyż grupa była na znacznie niższym poziomie od mojego. Myślę, że w większości wypadków nauka języków obcych ma na celu zaimponowanie innym. Ostatnio dostałam propozycję, aby uczyć grupę dzieci angielskich języka polskiego. Nie sądzę, aby zdobyta wiedza okazała się być bardzo przydatna w ich przyszłym życiu, ale zawsze warto pochwalić się znajomością jakiegoś ?egzotycznego? języka, jakim jest dla nich na przykład nasza rodzima mowa. Propozycję prowadzenia lekcji odrzuciłam, ponieważ uważam, że nie byłabym w stanie uczyć tego przedmiotu kończąc jedynie filologię angielską. Teraz zastanawiam się nad tym, ponieważ nauczyciele przedmiotów ścisłych mogą w szkołach brytyjskich uczyć angielskiego, nie potrafiąc nawet dzielić słów na sylaby. Najzwyczajniej przychodzą do mnie, prosząc o radę. Dlatego też może i ja, bez odpowiedniego wykształcenia mogłabym nauczać polskiego? 

 Nastolatki w Polsce potrafią dość dużo powiedzieć o Wielkiej Brytanii. A jaką wiedzę o naszym kraju posiada brytyjska młodzież? 

 Tamtejsze dzieci mają mało wiedzy o własnym kraju, a co dopiero o jakimkolwiek innym państwie. W trakcie lekcji, gdzie są poruszane tematy o Anglii, uczniowie nie potrafią odpowiedzieć na naprawdę proste pytania, gdyż nie posiadają elementarnej wiedzy z dziedziny geografii, czy historii Wielkiej Brytanii. Co do Polski, to sądzą oni, że zima trwa tam nieustannie, a śnieg prószy z nieba przez cały rok. Wielokrotnie słyszałam opinie, że to niemożliwe, aby było mi zimno w ?angielskie? lato, kiedy nad Wisłą mamy ciągle minusowe temperatury. Nastolatki często nie mają pojęcia, jaki klimat panuje w Polsce, gdzie jest położony nasz kraj; w tym wypadku można też wykluczyć jakąkolwiek wiedzę o naszej kulturze. 

 Jeśli mówimy już o kulturze, który kraj pod jej względem Pani odpowiada? 

 Nie chcę być postrzegana jako nacjonalistka, ale myślę, że Polska znacznie bardziej odpowiada mojemu trybowi życia. Uważam jednak, iż dobrym pomysłem byłby dla naszych rodaków tymczasowy wyjazd za granicę. Warto zdać sobie sprawę z faktu, jak bardzo narzekamy na rzeczy, które w naszym kraju całkiem nieźle funkcjonują, jak choćby służba zdrowia. Ta angielska bardzo dała mi się we znaki. Kiedy znalazłam się na pogotowiu, najpierw kazano mi czekać trzy godziny na spotkanie z lekarzem, później znów kolejne 2 godziny na pobranie krwi i wyniki badań. Nie ma znaczenia stan zdrowia pacjenta, każdy musi odczekać w kolejce wyznaczony czas. Jest to codzienna praktyka. Jeśli chodzi o banki i urzędy, to tam również biurokracja jest bardzo silnie rozwinięta. Gdy chcemy na przykład otworzyć konto w banku, musimy wcześniej pokonać dziesiątki problemów. Gdy wszystkie je już obejdziemy, okazuje się, że spotkanie z osobą, która jest odpowiedzialna za założenie danego typu konta, jest możliwe jedynie w soboty między 11:30 a 12:00. Jeżeli nie jesteśmy w stanie zjawić się w tym czasie w placówce, pozostają nam te same godziny w kolejnym tygodniu. Biorąc pod uwagę biurokrację i zupełnie niedorzeczne przepisy, których ?załatwienie? w Polsce nie zajmuje wiele czasu, w Anglii z każdej drobnostki możemy mieć duże problemy. Nasz kraj jest zdecydowanie znacznie bardziej ?przyjazny? pod tym względem. Co do restauracji, pubów i sklepów, to są one często zamykane o godzinie 17:30. W naszym kraju wiele sklepów jest całodobowych, centra handlowe otwarte są do godziny 21:00-22:00. Dodając do tego niesmaczne jedzenie angielskie, można powiedzieć, że nieporównywalnie przyjemniej jest żyć w Polsce niż za granicą. 

 Czy to oznacza, że wolałaby Pani mieszkać na stałe w Polsce niż w Anglii? 

 Jedynym atutem przebywania za granicą to dobra płaca. Co do innych aspektów życia, to szala zalet przeważa na stronę Polski. Jako przykład weźmy wychowanie etyczne Brytyjczyków – ich obowiązkiem wręcz jest donoszenie jeden na drugiego. Jest to bardzo niesympatyczne, szczególnie w pracy. Co innego z Polakami. Nie jest prawdą to, że są oni źle nastawieni do swoich rodaków, nieuczciwie konkurują ze sobą o lepsze posady i tym podobne. Przeważnie okazują się to być bardzo pomocni ludzie. Kreowanie takiego obrazu o nich świadczy tylko o naszej alienacji, a nie o tym, że ten Polak za granicą rzeczywiście nie pomoże w potrzebie, bo to bzdura. Nie opieram swoich przemyśleń na jednym, czy dwóch przypadkach, ale na dziesiątkach poznanych przeze mnie osób z naszego kraju. Właśnie dzięki nim zaczynamy tęsknić za Polską. Trzyma nas tam praca, to jest fakt. Sądzę jednak, że powoli wszyscy będą wracać z Wysp, gdyż nie ma to jak żyć we własnym kraju, na swojej ziemi, z rodakami. Nie ma to jak żyć wśród własnej kultury. Bo tylko wracając na stare śmieci możemy się poczuć jak u siebie w domu. 

 Dziękuję za rozmowę. 

 Dziękuję. 

 Jak widać, tymczasowa praca zarobkowa w Wielkiej Brytanii to świetny pomysł. Świetny, pod warunkiem, że nie zostaniemy na Wyspach zbyt długo i nie osiądziemy tam na stałe. Krzywdą dla naszych dzieci może okazać się posłanie ich do tamtejszych szkół, stojących na dużo niższym poziomie od tych w Polsce. Wynarodowienie naszych przyszłych pociech również nie pociąga za sobą dobrych skutków – stałyby się wyobcowane, bo przecież nie należałyby do środowiska ich otaczającego, ale też za bardzo różniłyby się od rodaków, by móc wrócić do Polski. Jedynym lekarstwem na zachowanie własnej tożsamości narodowej na obczyźnie jest więc pamięć. O tym, skąd pochodzimy. O tym, kim jesteśmy. I wreszcie o tym, kim zawsze będziemy.

Autor Paweł Rogaliński

paź 07 11

          Marzeniem chyba każdego polskiego warchlaka jest dorwanie się do koryta. Aż uszy się trzęsą ze szczęścia na samą myśl, że lada dzień nowe żarło pojawi się w opustoszałym, podłużnym naczyniu. Miliony głodnych szczeniaków zaś patrzą i zazdroszczą tym, dla których znalazło się choć trochę miejsca przy cudownym, ukochanym korytku. One nigdy się do niego nie dorwą, mogą jedynie… dać głos.

 

 

          Podobne zdania można usłyszeć od dużej części społeczeństwa, reagującej w sposób alergiczny na samą myśl o politykach. Ileż to razy dziennie słyszymy o korycie, prosiakach, kaczkach, psach, kartoflach, błocie i gnoju – słowach rodem wyjętych z wyimaginowanego gospodarstwa na prowincji. I choć przypadkiem jest, iż gmach naszego Sejmu znajduje się na ulicy Wiejskiej, to stwarza to dodatkowy, zaściankowy klimat tych opowieści.

          Większość Polaków jest zdania, że politycy odznaczają się wyjątkowym brakiem inteligencji i wiedzy. W połączeniu z ogromną pazernością i dużymi zarobkami, posłowie i senatorowie otrzymują mało chlubne miano „świń", ale nie brakuje też pospolitych warchlaków, wieprzów, macior, knurów i tuczników. Wszystkie one pragną zjeść jak najwięcej paszy z koryta. A żeby to zrobić, trzeba głośno kwiczeć. Zasada jest prosta – im więcej kwiczenia, tym więcej żarła.

          Ale czy tak jest naprawdę? Skąd ów najgorszy margines społeczeństwa wziąłby się w tak atrakcyjnym finansowo miejscu, jakim jest posada w parlamencie? I skąd wzięło się tak liczne poparcie dla prosiaków przez zwykłych „zjadaczy chleba"? Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – Ci znienawidzeni przez nas osobnicy – złodzieje, komuchy i kaczyści to najzwyklejsi MY. Sejm jest jedynie idealnie pomniejszoną kopią naszego społeczeństwa. Bo to ono składa się z tych czerwonych, zielonych, czarnych i białych. Przykre, ale prawdziwe. Publicysta, Andrzej Majewski powiedział kiedyś: „daj człowiekowi koryto, a momentalnie zamieni się w świnię". Przestańmy więc narzekać na władze, bo to my wybraliśmy właśnie tych, a nie innych polityków. A jedynym lekarstwem na rządy półgłówków jest nasz udział w wyborach. Dajmy więc głos, jak każdy porządny Azor.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

paź 07 09

<WYWIAD ZE WSPÓŁZAŁOŻYCIELKĄ RUCHU NA RZECZ DEMOKRACJI, DWUKROTNĄ SENATOR ORAZ WYKŁADOWCĄ UNIWERSYTETU ŁÓDZKIEGO, PROF. ZDZISŁAWĄ JANOWSKĄ>

           

prof. Zdzisława Janowska                          

Przez ostatnie dwa lata byliśmy świadkami wyjątkowych rządów, można by rzec – przełomowych w dziejach Polski. Sami rządzący, aby podkreślić ich wagę, używali wielokrotnie sloganu "IV Rzeczpospolita". Największymi zasługami, które przypisuje się Prawu i Sprawiedliwości są: walka z korupcją, niszczenie „układów" i polepszenie sytuacji gospodarczej państwa. Najmniej chlubnym dokonaniem jest tak zwane "pogorszenie się jakości demokracji", bądź, dosadniej mówiąc – powolna centralizacja władzy, a nawet schodzenie na drogę autorytaryzmu. Właśnie dzięki tym bodźcom, odczuwanym silnie przez opozycję, powstał Ruch na Rzecz Demokracji. Jaka będzie jego rola w zbliżających się wyborach? Jaka zaś w przyszłości? Na te i wiele innych pytań postara się odpowiedzieć pani prof. Zdzisława Janowska, współzałożyciel Ruchu, dwukrotna senator oraz wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego.  

Paweł Rogaliński: -Chciałbym Panią zapytać, jaka jest idea powstania Ruchu na Rzecz Demokracji i jaki ma on cel po rozpadzie rządów PiS-LPR-Samoobrona?  

prof. Zdzisława Janowska: -Na skutek rządów PiS-owskich zamarła demokracja. I choć jesteśmy w Unii Europejskiej, choć podpisujemy się pod szeregiem dyrektyw, do dzisiaj jesteśmy postrzegani jako państwo z dalekiego peletonu. Zostały zaprzepaszczone te wszystkie idee i wartości, które stały u podstaw wchodzenia do Unii Europejskiej i budowania państwa demokratycznego. Staliśmy się znów państwem, w którym nie liczy się człowiek, czy społeczeństwo. Przestaliśmy być społeczeństwem obywatelskim. Właściwie u podstaw Ruchu na Rzecz Demokracji jest przywrócenie tego stanu, do którego większość naszego społeczeństwa dążyła i go pragnęła. Ruch jest budującym się stowarzyszeniem, które postawiło sobie za cel zmienić istniejącą sytuację, włączyć do dyskusji obywateli. Ideą Ruchu jest prowadzenie spotkań publicznych z bardzo szerokim gronem uczestników. Ruchem kierują ludzie o wysokiej pozycji zawodowej i naukowej oraz Ci, którzy stworzyli podwaliny demokracji. Wywodzimy się w większości z prawdziwej „Solidarności" – tej, która zmieniała kraj. Słynni przywódcy „Solidarności": pan Frasyniuk, pan Lis, pan Pusz, Jurczak z Krakowa, zapisali się w historii Polski i są to osoby niezwykle wiarygodne. One nie „przekręcały się" w zależności od koniunktury, w kierunku PiS-u, ZHN-u, czy też innych grup. Oni byli w Unii Wolności, która pod wodzą Tadeusza Mazowieckiego zmieniała kraj, część przeszła do Unii Pracy, czy też innych organizacji typu SdPl. Korzenie solidarności są więc korzeniami lewicowymi. I wspomniana grupa postanowiła się zintegrować. Jej celem jest budowanie określonej linii przeciwstawienia się, czyli publicznego procesu, a także wyrażanie opinii i stanowisk. Jednocześnie organizuje ona ruch obywatelski w Polsce na podstawie spotkań i dyskusji, tak, żeby można było przybliżyć pewne kwestie i jednocześnie wciągnąć do działania ludzi, którzy do tej pory nie uczestniczyli w ruchu publicznym.  

PR: -Czy Ruch będzie wspierać jakiekolwiek partie polityczne w trakcie kampanii wyborczej?  

ZJ: -W momencie, kiedy byliśmy na zjeździe założycielskim pod koniec maja tego roku, powiedzieliśmy sobie, że nie będziemy partią polityczną, ale każdy ma swoje sympatie polityczne i nikt nie powiedział, że przedstawiciele Ruchu nie będą startować w wyborach, chociaż wtedy nie było jeszcze wiadomo, że będą wybory. Nikt nie zakazał startowania, jak również nikt nie nakazał nie popierania i artykułowania swoich poglądów politycznych. W związku z tym jest tutaj dowolność działania, z tym, że oczywiście żadna z osób, która złożyła swój akces do Ruchu, na pewno nie popiera PiS-u, bo przecież to jest proces przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. Jestem też przekonana, ze dotyczy to również Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. A więc te ugrupowania nie wchodzą w grę. Natomiast nie ma dużego znaczenia, czy ktoś czuje sympatię w kierunku Partii Demokratów, Platformy, LiD-u, czy Sojuszu. To jest naturalne, że są tam osoby, które artykułują swoje poglądy w kierunku tych ugrupowań politycznych. Tym bardziej, że ludzie spośród Ruchu startują do wyborów. Jeden z założycieli, pan profesor Widacki jest na pierwszym miejscu LiD-u w Krakowie.  

PR: -Jakie działania Ruchu są planowane w najbliższym czasie?  

ZJ: -Wybory właściwie pokrzyżowały nam plany. Ustaliliśmy, że w poszczególnych miastach odbędą się wielkie spotkania społeczne. Rozmowa na tematy prawnicze miała być w Krakowie, właśnie pod wodzą prof. Widackiego i wielu innych prawników stamtąd. W Łodzi wyartykułowałam potrzebę zajmowania się sprawami zdrowia, ponieważ od nas wywodzą się czołowi przywódcy protestu lekarzy i pielęgniarek, tu jest Związek Krajowy Pielęgniarek, tu są przedstawiciele Związku Lekarzy. Ja osobiście byłam bardzo blisko protestów. Osobiście interweniowałam w wielu przypadkach, kontaktowałam grupę lekarzy ze szpitala Matki Polki z panem ministrem prof. Religą. Zależało nam wszystkim, żeby te strajki jednak zatrzymać, żeby nie był budowany obraz lekarza, który nie chce pomóc choremu człowiekowi. Dlatego też Łódź ma za cel zorganizowanie debaty, aby przybliżyć te problemy szerokiej rzeszy naszych mieszkańców. Muszą zrozumieć, jaka jest sytuacja de facto zawodowa oraz społeczna lekarzy i pielęgniarek. Oni w tej dzisiejszej rzeczywistości są poszkodowani. Chcą leczyć, ale nie na warunkach, które urągają wszelkim zasadom przyzwoitości. Chcemy więc zrobić jak najszybciej debatę pod tytułem „Dlaczego lekarz i pielęgniarka protestują?" Na tą debatę przyjadą nasze środowiska z Polski: przedstawiciele Krakowa, Warszawy… W następnej kolejności aż się prosi, choć nie ma pana ministra Giertycha, aby zrobić debatę na temat edukacji. Przez to, co zaproponował pan minister Giertych oraz pan wiceminister Orzechowski, część młodzieży wyjechała, albo zamierza wyjechać. Trzeba protestować wobec tego, co nam zaproponowano, bo edukacja w Polsce jest tak staroświecka i tak konserwatywna, iż nie dziwię się młodym ludziom, że szukają swojego miejsca na Zachodzie. Jednocześnie zaś przychodzi nowe pokolenie i my nie możemy tego pokolenia stracić, dlatego też trzeba walczyć o programy edukacyjne, o włączenie tych wartości do procesu nauczania, które są naturalne i normalne. To skandal, ze obok religii nie ma etyki, że edukacja seksualna jest prowadzona na bardzo prymitywnym poziomie, lub w ogóle jej nie ma.  

PR: -W Ruchu przeważają osoby o poglądach lewicowych i centrowych. Czy osoby z prawicy mają tam prawo bytu?  

ZJ: -Jeśli będą chciały być… W Ruchu są ludzie o różnych poglądach i wartościach. Podam przykład – prawicę reprezentuje pani Kluzik-Rostkowska. Gdyby ona chciała być w tym ruchu, nie byłoby problemu, gdyż myśli w wielu kwestiach tak samo jak my. Szczególnie tych dotyczących edukacji, spojrzenia na sprawy kobiet, równości obywateli i tak dalej. Jest bardzo nowoczesna, dąży do tego, ażeby środki antykoncepcyjne były normalnością w naszym społeczeństwie. Ona tym razi swoich kolegów, ale ja ją postrzegam jako nowoczesną przedstawicielkę rządu PiS-owskiego. A więc przynależność ludzi o takich poglądach – dlaczegóż by nie? Przecież możemy o pewnych kwestiach dyskutować. Również profesor Religia, którego znam od lat i byłam z nim dwa razy w Senacie, jest bardzo nowoczesnym przedstawicielem elity intelektualnej. Znalazł się w rządzie PiS-owskim, chce zreformować służbę zdrowia, chce to zrobić jak najlepiej, ale to nie jest konserwatywny człowiek.  

PR: -Czy silna pozycja Radia Maryja i jego duży autorytet u części społeczeństwa polskiego zaburzają demokrację w Polsce?  

ZJ: -Absolutnie tak. Radio Maryja jest instytucją, która burzy porządek, która jednocześnie umacnia zaściankowość, powoduje zaślepienie dużej ilości społeczeństwa. To jest społeczeństwo, do którego sączy się jeden obraz, które nie ma szans na kompleksową edukację. Powiedziałabym – jest to „duża, mityczna siła" Radia Maryja, wpływ, który buduje spokój u niektórych osób, bezpieczeństwo, wiarę… Ci ludzie niczego więcej nie słuchają. Mają Radio i Telewizję Trwam i tam czerpią swój pogląd na otaczającą rzeczywistość. Nie docierają do różnorodnych źródeł informacji. Dopóki nie nastąpi zmiana przywódcy i przeistoczenie Radia Maryja w bardziej normalną stację, albo też usunięcia jej, co jest raczej niemożliwe, bardzo duży procent społeczeństwa, który jest słabo wykształcony lub mieszka poza dużymi miastami, będzie nadal pod wielkim wpływem sączonych tam informacji. Przekazy te silnie wpływają na konieczność zajmowania danych stanowisk, budowanie protestów i wreszcie na wynik wyborczy, bo Radio Maryja, Kościół, Telewizja Trwam dadzą im instrukcje. Skierują swoje sympatie w kierunku osób, które nie mieszczą się dzisiaj w standardach europejskich. Najgorsze jest to, że choć bardzo dążymy do zwiększenia poziomu wykształcenia, to ciągle jesteśmy społeczeństwem o niskim poziomie wykształcenia, jeśli chodzi o wyższe wykształcenie. Kiedyś było 7-8%, dziś 14-15% osób po uczelniach wyższych. Ale to jest ciągle za mało. Ponadto część z tej liczby jest poza granicami kraju. Mówi się o 2-3 milionach. Czy wrócą? Tego dokładnie nie wiemy, ale są tam ludzie, którzy niedawno ukończyli studia. A więc oni z tego 15-procentowego składu społecznego zostali wyłączeni. Natomiast odbiorcami Radia Maryja są ci o bardzo niskim poziomie wykształcenia, którzy się już niczego nie nauczą. Są to ludzie w bardziej dojrzałym wieku i stopień percepcji u nich jest zupełnie inny. Jest to wielka szkoda dla naszego społeczeństwa.  

PR: – OBWE złożyło Polsce propozycję wysłania swoich obserwatorów na październikowe wybory w Polsce. Minister Spraw Zagranicznych, Anna Fotyga uznała notę organizacji za "niestosowny dokument". Jak ocenia Pani pomysł monitorowania wyborów parlamentarnych przez zagranicę? Czy  jest to "szkalowanie" Polski (jak uznał rzecznik MSZ Robert Szaniawski)?  

ZJ: -Nie. Nie jest to szkalowanie Polski. Uważam, że ta obecność jest dzisiaj niezbędna, ponieważ zagrożona jest demokracja, możemy spodziewać się różnych działań. Proszę sobie uświadomić, że publiczne media przestały być mediami naszymi wspólnymi, są one absolutnie jednopartyjne i jednomyślne w określonym kierunku. Z telewizji Jedynki, z publicznych rozgłośni radiowych bije ten sam ton, bo przecież zmieniły się tam władze. Tam się sączy do społeczeństwa jeden, właściwy i dobry kierunek. Skutki tego mogą być różne, również przy wyborach, bo gdy mamy ciągle jednostronny obraz, że Polska idzie w dobrym kierunku, a tak nie jest, że Polska zwalcza nieuczciwość… ale tylko w określonych kręgach i nie tak, jak to było założone. Nadal nie są wyjaśnione wielkie przestępstwa gospodarcze, afery korupcyjne… Tym się określona partia rządząca nie zajmuje, za to zmienia ludzi jak rękawiczki i ustawia ich bez żadnych kwalifikacji w różnych miejscach. Tego przykładem jest nasza działalność na forum zagranicznym – osoby mało kompetentne reprezentują nasz kraj.  

PR: -Czy według Pani demokracja w Polsce jest realnie zagrożona?  

ZJ: -Jeśli będą dalej te rządy, które są, jeśli wybory wygra PiS, to demokracja w Polsce absolutnie będzie zagrożona. Tym bardziej powstawanie tego rodzaju ruchów obywatelskich jest na wagę złota.  

PR: -Dziękuję za rozmowę.  

ZJ: -Dziękuję.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

wrz 07 13

<w artykule wypowiedzi szefa lubelskiego SLD, radnego Piotra Zawrotniaka> 

 

            Minęły już czasy, kiedy to Polacy władali Kremlem w Moskwie, a car rosyjski Wasyl IV Szujski korzył się przed królem Rzeczpospolitej, Zygmuntem III Wazą[1]. Obecna Rosja jest nie tylko supermocarstwem gospodarczym, ale i potęgą militarną, a służby specjalne tego kraju są w stanie terroryzować sąsiednie państwa i kontrolować dyplomację dużej części globu. Ta potężna machina zaś spoczywa w rękach jednej osoby – byłego oficera KGB i obecnego prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Putina[2].

 

             Czy w Rosji istnieje prawdziwa demokracja? Czy kiedykolwiek mieliśmy tam do czynienia z władzą ludu? Według szefa lubelskiego SLD, Piotra Zawrotniaka, który jest znawcą i pasjonatem tematyki rosyjskiej i udzielił mi wywiadu, „od czasu kształtowania się państwowości na ziemiach ruskich, (…) tylko silna władza kniaziów pozwoliła na zachowanie tradycji, języka i wiary. Samodzierżawie na stałe wpisało się w krajobraz kraju. Niezależnie od tego, czy władza była czerwona, czy biała, metody pozostały praktycznie niezmienione. (…) Prezydentura Putina cieszy się poparciem Rosjan, czego nie można powiedzieć o jego poprzednikach"[3]. Społeczeństwo tego kraju najzwyczajniej przyzwyczaiło się do rządów żelaznej ręki i nie wyobraża sobie tak dużych swobód obywatelskich, jakie są w krajach zachodnich[4].

           Jak twierdzi pan Zawrotniak, „Rosjanie często podkreślają, że od czasu Stalina nie było lepszego zarządcy kraju (niż Putin)"[5]. Aleksander Litwinienko – podpułkownik KGB i FSB oraz przeciwnik obecnego prezydenta, wielokrotnie pisał, iż to Federalna Służba Bezpieczeństwa stała za przypisywanymi czeczeńskim bojownikom zamachami w Moskwie i to właśnie ona umyślnie doprowadziła do wybuchu obu wojen rosyjsko – czeczeńskich[6]. Zbiegły się one w czasie z datą wyborów prezydenckich. Borys Jelcyn, który zezwolił na rozpętanie kolejnej wojny, został natychmiastowo skreślony z życia politycznego kraju[7]. Ostatnią rzeczą, która mu pozostała, było namaszczenie następcy. Miał nim być pnący się po drabinie kariery Władimir Putin, znany z nieustępliwości i rządów żelaznej ręki[8].

            Doskonale znający FSB nowy prezydent, postanowił wykorzystać ją jako narzędzie do umacniania własnej pozycji w kraju. Z początku nie miał żadnego wpływu na premiera (musiał znosić obecność Michaiła Kasjanowa na tym stanowisku), prokuratora generalnego, czy szefów rosyjskich regionów. Z czasem zdołał przeprowadzić drobne zmiany w rządzie, ale i one nie były zbyt głębokie. Potężne klany nie pozwalały prezydentowi zmieniać zanadto dotychczasowego układu sił w państwie[9]. Jednak, aby stworzyć wizerunek potęgi zajmowanego przez siebie stanowiska, Putin wykorzystał w tym celu kontrolowane przez siebie lub „swoich ludzi" dziedziny. W ten sposób telewizja rosyjska wykreowała wizerunek Putina – władcy niemalże absolutnego[10]. On sam również zadbał o to, tworząc swoją agresywną politykę zagraniczną. Ostatni filar potęgi prezydenta to duża część majątku państwowego i służby specjalne[11].

           Pierwszym krokiem ku wzmocnieniu specsłużb było ich jednoczenie, by rzekomo usprawnić działalność FSB. Władimir Putin podporządkował między innymi Federalną Agencję Rządowej Łączności i Informacji oraz służbę pograniczną Federalnej Służbie Bezpieczeństwa. W ten sposób odzyskała ona częściowo dawne wpływy KGB. Duma państwowa, również pozostająca w strefie wpływów prezydenta, nie była i nie jest w stanie nadzorować prac tych organów państwowych. W efekcie, FSB jest niemal całkowicie wyłączona spod kontroli społecznej[12]. Z pewnością niemały wpływ na to ma przeszłość Putina, który przez wiele lat pracował w KGB i FSB, będąc nawet szefem tej ostatniej w latach 1998-99. On sam przyznał, iż:

 

              Rosja w obliczu nowych zagrożeń, w tym amerykańskich planów militarnych w Europie, powinna rozbudować swe siły zbrojne i potencjał wywiadowczy (…) Sytuacja międzynarodowa i interesy wewnętrzne wymagają, aby SWR (Służba Wywiadu Zagranicznego) wzmocniła swój potencjał, dostarczając kierownictwu kraju informacji i danych analitycznych[13].

 

            Działalność służb specjalnych w Rosji wiąże się z wieloma kontrowersyjnymi akcjami, głównie przeciwko opozycji[14]. Oskarża się je o bardzo drastyczne, niehumanitarne metody, które częściowo wyjawili dawni agenci, w tym spektakularnie zabity Aleksander Litwinienko. Ten ostatni, tuż przed śmiercią, odpowiedzialnością za swoje zatrucie obarczył samego Władimira Putina[15]. Gdy rząd brytyjski zażądał od Rosji wydania głównego podejrzanego o zabójstwo, Andrzeja Ługowoja, prezydent Federacji odpowiedział chłodno: „Brytyjczycy musieli najwyraźniej zapomnieć, że Wielka Brytania nie jest już potęgą kolonialną, a Rosja – dzięki Bogu – nigdy nie była brytyjską kolonią"[16]. Dlaczego i komu mogło zależeć na śmierci Litwinienki, który przez tyle lat wyjawiał coraz to nowe tajemnice Kremla, opisując je w książkach? Czy Władimir Putin mógłby posunąć się aż tak daleko[17]?

          Niecały miesiąc przed otruciem Litwinienki, z rąk nieznanych sprawców zginął jeden z największych krytyków polityki Rosji – słynna dziennikarka, Anna Politkowska. „Nowaja Gazieta", w której pracowała, podała, iż o udział w mordzie na Politkowskiej podejrzewa się byłych i czynnych funkcjonariuszy milicji oraz służb specjalnych. Prawdopodobnie była to zemsta za opublikowanie kilka lat temu niekorzystnego dla nich artykułu[18]. Co ciekawe, „śmierć Politkowskiej nie wstrząsnęła opinią publiczną Rosji. W porównaniu do liczby mieszkańców Moskwy, tylko garstka ludzi odwiedziła miejsce zbrodni i przyszła na pogrzeb"[19].

          Kolejną prześladowaną dziennikarką jest Łarisa Arap, która siłą została przewieziona do szpitala psychiatrycznego. Łarisa jest aktywistką Zjednoczonego Frontu Obywatelskiego (OGF). Po napisaniu artykułu, krytykującego złe traktowanie pacjentów szpitala psychiatrycznego, została zatrzymana przez milicję w trakcie czekania na badania lekarskie, niezbędne do prawa jazdy. Następnie przewieziono ją do pobliskiego szpitala psychiatrycznego i poddano przymusowemu leczeniu. Jak sama Arap skomentowała zajście, jest to „powrót do ery represji stalinowskich"[20]. Władze Murmańska stanowczo zaprzeczyły tezie, aby były to represje na tle politycznym[21]. Lecz któż jest w stanie w to uwierzyć?

           Nie tylko opozycja jest prześladowana. Kraje sąsiadujące z Rosją równie często padają ofiarami agresji swojego większego sąsiada. Mając dotychczas olbrzymie wpływy w Europie Środkowej i Wschodniej, Rosja nie zamierza z nich rezygnować. Popadając w konflikt z Ukrainą, czy Białorusią, kraj ten nie miał najmniejszego zamiaru ustępować w negocjacjach ani na krok[22]. Jeszcze większą agresję wykazała Federacja w stosunkach z Gruzją[23]. Według prezydenta Gruzji, rosyjskie samoloty naruszyły przestrzeń powietrzną tego kraju i jeden z nich wystrzelił pocisk rakietowy, omal nie trafiając w wioskę Tsitelubani[24]. Możliwe, że była to „prowokacja w celu siania paniki i destabilizacji w prozachodniej Gruzji"[25]. Gdy po raz kolejny samolot z terytorium Rosji wkroczył na teren swojego mniejszego sąsiada, został ostrzelany i prawdopodobnie również zestrzelony[26].

          Nie mniej kontrowersji wzbudził konflikt z Estonią o przeniesienie pomnika rosyjskiego żołnierza z centrum Tallina na oddalony cmentarz[27]. Tuż po powstaniu konfliktu, Estonia doznała fali ataków przez Internet, w wyniku czego strony www tamtejszych władz były blokowane całymi tygodniami. Estoński premier, Andrus Ansip stwierdził, że „na Estonii testowano model nowej wojny cybernetycznej"[28]. Za atakami zaś stoją najprawdopodobniej rosyjskie służby specjalne[29]. Rosja prowadzi jednak agresywną politykę zagraniczną nawet w stosunku do innych potęg gospodarczych i militarnych[30]. Bombowce tego kraju wznowiły w tym roku loty poza terytorium państwa[31]. Od tego czasu zanotowano niebezpieczne zbliżenie się tych maszyn do przestrzeni powietrznej Wielkiej Brytanii, Norwegii i Stanów Zjednoczonych[32].

            Również Polska nie uniknęła skutków złości swojego olbrzymiego sąsiada. Pomijając temat embarga, tak często i głośno poruszanego na arenie międzynarodowej, warto wspomnieć o innych antypolskich działaniach władz Rosji. Zalicza się do tego ciągłe dyskredytowanie naszego kraju w oczach Unii Europejskiej i USA, krytyka naszych władz, problemy z przesyłem gazu oraz budowanie na przekór Polsce Gazociągu Północnego, omijającego terytorium Rzeczpospolitej. W ten sposób Rosja będzie mogła bez uszczerbku dla Europy Środkowej, odciąć dopływ gazu swoim najbliższym sąsiadom[33]. Jak twierdzą eksperci, „głębokość, na której będzie układany gazociąg, nie wyklucza użycia łodzi podwodnych", a to oznacza możliwość działania w tym rejonie służb specjalnych[34]. Potęga gazociągu polega też na możliwości emitowania z niego fal zakłócających działanie tarczy antyrakietowej, która ma być zamontowana właśnie w Polsce. To zaś kolejne potężne narzędzie w rękach Putina i jego służb[35].

           Ostatnim, najmniej agresywnym spośród dotychczasowych działań Rosji, jest ustanowienie 4 listopada nowym świętem narodowym – Dniem Jedności Narodowej, czyli innymi słowy dniem, w którym Rosjanie w 1612 roku przepędzili Polaków okupujących Kreml. Dwa lata wcześniej, Zygmunt III August zdobył Moskwę i nosił się z zamiarem zajęcia tronu carskiego, wprowadzenia tam katolicyzmu i podporządkowania Moskwy papieżowi. Pomimo wielkich planów, Rosjanie zdołali odzyskać niepodległość i uwolnić się spod jarzma polskiego[36]. Biorąc pod uwagę fakt, iż święto to jest bardzo młode i ma zaledwie dwa lata, jest ono hucznie i licznie obchodzone.

           Obecnej Rosji daleko do demokracji na wzór Europy Zachodniej. Według wielu, społeczeństwo obywatelskie praktycznie tam nie istnieje[37]. Co zadziwiające, mieszkańcy tego olbrzymiego państwa nie tylko akceptują, ale i popierają politykę Putina. Według sondaży, ponad 68% Rosjan uważa, że zarzuty o łamanie praw obywatelskich w Federacji są podyktowane jedynie chęcią zdyskredytowania ich kraju[38]. Określając ustrój tego kraju, Piotr Zawrotniak stwierdził, iż

demokracja rosyjska mieści się jak najbardziej w kanonie mentalnym, prawnym i obyczajowym samych Rosjan. (…) W dużym, niezwykle dużym uproszczeniu rzecz ujmując, demokracja zachodnioeuropejska nijak ma się do oczekiwań Rosjan. Próby zaprowadzenia porządków europejskich przez Jelcyna i jego ekipę, doprowadziły do upadku gospodarczego i znaczenia międzynarodowego Rosji. Putin zaś w ich rozumieniu, odrodził  potęgę mocarstwową, z jaką porównują ZSRR[39].


 

[1] http://pl.wikipedia.org/wiki/Zygmunt_Waza, 01.09.2007.

blogId=396592&T[action]=admWpisyAktualizuj#_ftnref2″ name=”_ftn2″ title=”_ftn2″>[2] http://pl.wikipedia.org/wiki/Putin, 01.09.2007.

[3] Piotr Zawrotniak, 24.08.2007.

[4] „Dziś: przegląd społeczny", 4/07, s. 125-127.

[5] Piotr Zawrotniak, op. cit.

[6] http://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksander_Litwinienko, 02.09.2007.

[7] http://pl.wikipedia.org/wiki/Putin, 03.09.2007.

[8] http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/rid,38006,recenzja.html, 03.09.2007.

[9] „Newsweek", 04.12.2005, s. 50-51.

[10] „Gazeta świąteczna", 17.12.2005, s. 2.

[11] „Polityka", 21.07.2007, s. 50-51.

[12] http://serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34248,2180300.html, 03.09.2007.

[13] http://wiadomosci.onet.pl/1579353,12,item.html, 27.07.2007.

[14] Adam Wojtaszczyk, Wiedza o społeczeństwie, Warszawa 2004, s. 47-48.

[15] http://pl.wikipedia.org/wiki/Putin, 04.09.2007.

[16] http://pl.wikiquote.org/wiki/W%C5%82adimir_Putin, 04.09.2007.

[17] „Wprost", 01.07.2007, s. 82-83.

[18] http://wiadomosci.onet.pl/1595264,12,item.html, 05.09.2007.

[19] http://www.dziennik.krakow.pl/public/?2006/10.28/Swiat/01/01.html, 05.09.2007.

[20] http://wiadomosci.onet.pl/1579977,12,item.html, 28.07.2007.

[21] http://wiadomosci.onet.pl/1587382,12,item.html, 10.08.2007.

[22] „Gazeta Wyborcza", 16.12.2005, s. 11.

[23] http://wiadomosci.onet.pl/1585259,12,item.html, 07.08.2007.

[24] http://wiadomosci.onet.pl/1585623,12,item.html, 08.08.2007

[25] http://wiadomosci.onet.pl/1585586,12,item.html, 08.08.2007.

[26] http://wiadomosci.wp.pl/kat,8311,wid,9143869,wiadomosc.html, 24.08.2007.

[27] http://www.wiadomosci24.pl/artykul/spor_o_pomnik_w_tallinie_wiecej_zrozumienia_dla_rosjan_26953.html, 05.05.2007.

[28]http://www.money.pl/gospodarka/polityka/artykul/estonia;testowano;na;nas;wojne;cybernetyczna,121,0,244345.html, 29.05.2007.

[29] http://www.money.pl/gospodarka/polityka/artykul/czy;rosja;stosuje;cyberterroryzm,43,0,241963.html, 18.05.2007.

[30] „Wprost", 17.06.2007, s. 50-52.

[31] „Polityka", 14.07.2007, s.52-55.

[32] http://wiadomosci.onet.pl/1590629,12,item.html, 01.09.2007.

[33] „Wprost", 01.07.2007, s. 84-87.

[34] http://wiadomosci.onet.pl/1581882,10,item.html, 01.08.2007.

[35] http://www.polskieradio.pl/krajiswiat/temattygodnia/artykul12503.html, 01.08.2007.

[36] http://wislakrakow.com/forum/archive/index.php?t-477.html, 04.11.2005.

[37] „Wprost", 01.07.2007, s. 82-83.

[38] http://fakty.interia.pl/szukaj/news/rosjanie-akceptuja-twarda-polityke-putina,971077,3282, 04.09.2007.

[39] Piotr Zawrotniak, 24.08.2007.

Autor Paweł Rogaliński

sie 07 27

Prawica. Kiedy była tak bardzo potrzebna, nie robiła nic. Obudziła się po wielu latach drzemki, by w XXI wieku wprowadzać średniowieczne reformy. Przez ostatnie dwa lata krajem rządziła zjednoczona trójca rozkapryszonych partii nacjonalistycznych i populistycznych, kłócących się o władzę i pieniądze. A gdzież podziała się ich troska o kraj? Ot, cały Giertych, Kaczyński i Lepper – niczym trójca XVII-wiecznych regimentarzy, nazwanych: „dzieciną, łaciną, pierzyną". Teraz, gdy nadszedł kres ich rządów, czas zastanowić się: CO DALEJ?

 

           Zarówno prawica, jak i lewica odgrywają kolosalną i nieodzowną rolę w kształtowaniu każdej demokracji. W odpowiednich momentach historii przychodzi czas na przewodnictwo polityczne jednej, bądź drugiej strony. Niestety, od lat władzę w Polsce przejmują ludzie reprezentujący często ideologię najgorszą z możliwych w danej chwili i sytuacji. Niejednokrotnie szkodzi to interesom kraju i jest brzemienne w skutkach – z wielkiego europejskiego mocarstwa Rzeczpospolita zmieniła się w podrzędne, nielubiane przez sąsiadów państwo krzykaczy i awanturników.

          Już w zamierzchłych czasach przekonaliśmy się, ze politycy wielokrotnie przedkładają własne interesy nad krajowe. W ten sposób, gdy ponad 100 lat temu Józef Piłsudski starał się uzyskać wsparcie od rządu Japonii przy tworzeniu legionów polskich, jego największy przeciwnik ideologiczny, Roman Dmowski, skutecznie przekonał tamtejszego Ministra Spraw Zagranicznych, by ten nie pomagał Polakom, a w szczególności wrogiej endekom PPS. Trzynaście lat później Piłsudski postanowił się zrewanżować – nie wysłał posiłków walczącym powstańcom w niemieckiej wówczas Wielkopolsce. Tamtejsza ludność w przeważającej części popierała politykę Dmowskiego, dlatego też lewica nie skrywała do niej niechęci. Marszałek, zmęczony walką wewnętrzną i rozczarowany postawą Polaków, stwierdził: „Naród wspaniały, tylko ludzie ch…e".

           Po II Wojnie Światowej Rzeczpospolita znalazła się de facto w strefie dyktatu rosyjskiego. Monopartyjność systemu uniemożliwiała legalne działanie nurtów politycznych innych niż komunistyczne. Wiadomym było, że tajne organizacje lewicowe nie mogły cieszyć się poparciem społeczeństwa, które zakorzeniło w sobie głęboką urazę do poglądów choćby w najmniejszym stopniu związanych z kierunkiem działań władz. Zdecydowanie swoje „pięć minut" miały podziemne ugrupowania prawicowe i nacjonalistyczne. Miały, ale… nie potrafiły wykorzystać swojej okazji. Nie stworzyły silnych organizacji. Nie walczyły tak jak Węgrzy, czy narody Jugosławii o niepodległość. Po prostu zawiodły.

          Ktoś mógłby zapytać – a cóż z NSZZ Solidarnością? Otóż uważany on był przez wielu za ruch prawicowy, z pewnością jednak daleko mu było do podobnej ideologii. Początkowo wysuwane żądania w stronę władz miały na celu polepszyć byt społeczeństwa, nie zaś obalić system komunistyczny. Solidarność wysuwała propozycje stworzenia „socjalizmu z ludzką twarzą", wierzyła, że państwo „ludowe" można umiejętnie zreformować. Jeśli zaś mimo wszystko uznamy ją za ruch prawicowy, nie będziemy mogli już tego samego powiedzieć po roku 1989, kiedy to związek zawodowy zaczął bronić pracowników przed pracodawcami, a nie jak wcześniej – władzami PRL. To proletariat, a nie prawica, położył kres Polsce Ludowej. Następnie, jak powiedział lider NSZZ, Lech Wałęsa, były to „ostatnie godziny naszych pięciu minut" – Solidarność słabła z dnia na dzień.

          Po politycznej zawierusze spowodowanej tworzeniem naprędce nowej demokracji, władzę w III RP przejął ktoś niemający najmniejszego związku z „czerwonymi" – koalicja AWS-UW. Skupiała ona większość ugrupowań polskiej prawicy, dzięki czemu zyskała zaufanie społeczeństwa, pokładającego wszelkie nadzieje w politykach koalicji. Autorytarny system rządzenia AWS-em przez jej przewodniczącego, Mariana Krzaklewskiego, spotkał się z silną krytyką. Niechlubne komentarze pojawiały się także na temat obsadzania wszelkich stanowisk w spółkach należących do Skarbu Państwa ludźmi powiązanymi z Solidarnością. Jarosław Kaczyński, oburzony tym zachowaniem stwierdził, że najsilniejszą frakcją w AWS jest frakcja TKM – „Teraz K…a My".

          Porażka prawicy skłoniła wyborców do zwrócenia się w stronę lewicy. I tak władzę zdobyło SLD. Niedawni komuniści nie mieli niestety pomysłu na rządzenie krajem. Wstępując za młodu do PZPR nie zastanawiali się nad własnymi ideami. Gdy Polska Ludowa upadła, postanowili stworzyć partię socjaldemokratów, gdyż wszelkie inne możliwości były zamknięte. Nie mając jednak pojęcia, na czym polega ideologia lewicy, nieudolnie kopiowali pomysły ich odpowiedników zza zachodniej granicy. W rezultacie SLD przeprowadzało prawicowe reformy, nawet w kwestiach obyczajowych. Słowa Andrzeja Leppera idealnie odwzorowują ówczesne rządy: „Jeżeli Sojusz Lewicy jest lewicą, to ja jestem kosmonautą".

           Zdezorientowani schizofrenicznym zachowaniem prawicowej lewicy Polacy, w kolejnych wyborach postawili na partie nacjonalistów i populistów. Ci mówili prosto, obiecywali dużo, krytykowali chętnie i modlili się nieustannie. Sam ordynator Rydzyk krzyczał z zadowoleniem: „Niech żyje moherowa koalicja!". Kraje Zachodu załamały ręce, wielokroć nazywały Polskę ciemnogrodem, bądź kaczogrodem. Przez dwa lata rządów ultraprawicy, społeczeństwo miało okazję być świadkiem powrotu do średniowiecza: ekskomuniki nauczycieli, prześladowania gejów, cenzury w mediach, wymyślnych pomysłów Giertycha, polowania na szatanów, inkwizycji i listy ksiąg zakazanych.

          Koalicja – z pozoru trwała, okazała się kolosem na glinianych nogach. Władza kusiła tak bardzo, że skłóceni ze sobą koledzy z sejmowych ław, nie przebierali w słowach opisując się wzajemnie. W wyniku tego usłyszeliśmy, że Lepper to „warchoł" do którego „bardziej pasują widły i kupa gnoju", Lech Kaczyński to „cham" oraz „s…syn", zaś jego żona zyskała miano „czarownicy" i „szamba".

          Jana Rokitę nazwano „płytkim" i „dennym", Aleksandra Kwaśniewskiego „szmaciarzem", a Zbigniewa Zbiorę „kłamcą i oszustem". Joanna Senyszyn uznała obecny rząd za „ziemniaczano-buraczany", nawiązując zaś do słów premiera sprzed kilku lat, stwierdziła, że realizowany jest „program TMK – Teraz My Kaczyńscy".

            Walka lewicy i prawicy w Polsce trwa niemal od zawsze. Jedyny problem obecnej sceny politycznej to wypaczenie równowagi, spowodowane 44 latami komunizmu. W wyniku tak długotrwałej dyktatury komunistów, do której społeczeństwo nabrało obrzydzenia, wykształciły się silne ruchy fanatycznych katolików oraz nacjonalistów. Lewica zaś niemalże zupełnie zaniknęła. Postkomunistyczne SLD zmienia się, biorąc przykład z partii socjaldemokratycznych na Zachodzie, ale proces ten przebiega bardzo wolno. PO, mając obecnie największe poparcie, stara się utrzymać w centrum i stronić od przedstawiania jakiegokolwiek programu. Jak widać, metoda ta sprawdza się znakomicie.

            Wydaje się, że nie ma partii, na którą można by z czystym sumieniem zagłosować w nadchodzących wyborach. Brak alternatyw w formie młodej, nowoczesnej lewicy, rozsądnego centrum, czy też zdystansowanej do religii prawicy. Śledząc kolejne zdarzenia w kraju można mieć wrażenie, iż Polacy wybierają często najgorszą z możliwych opcji. Ale wybrać trzeba. Obyśmy znów nie popełnili błędów z przeszłości. W 1945 roku premier Wielkiej Brytanii, Winston Churchill powiedział: „Mało jest zalet, których by Polacy nie mieli i mało błędów, których udałoby im się uniknąć". Niestety miał rację.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Strony: Poprzednia 1 2 3 ...43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 Następna