Strony: Poprzednia 1 2 3 ...45 46 47 48 49 50 51 ...57 58 59 Następna
wrz 09 30

 

  Do niedawna studia w Danii były szeroko opisywane przez polską prasę jako niezwykła okazja do zdobycia wymarzonego dyplomu. Bezpłatna nauka, niewielki koszt wynajmu akademików oraz laptopy pożyczane do domu – istny raj. Niestety, między reklamą a rzeczywistością mało kto zauważył olbrzymią przepaść dezinformacji i niedomówień.

  Edu-pułapka w Danii, Jarek i Janek, blog dziennikarski

Tak być powinno…

- Studia w Danii są bezpłatne i prowadzone w języku angielskim. Studenci mogą legalnie pracować w trakcie wyjazdu. Zarobki z pracy umożliwiają pokrycie kosztów życia i studiowania – zapewnia jeden z portali www. Przedstawicielka tej witryny, Monika Pabijańska, idzie nawet o krok dalej i twierdzi: „to szansa na zupełnie nową jakość kształcenia (…) Jedyne koszty jakie wiążą się z utrzymaniem, wyżywieniem i rozrywką, nie przewyższają tych związanych ze studiami w Polsce”. Inne witryny internetowe również wychwalają tego rodzaju wyjazdy. Serwis Cv.Pracuj.pl utwierdza czytelników w błędnym przekonaniu: „nie trzeba koniecznie znać języka duńskiego. Obowiązują tam dwa języki wykładowe – duński oraz angielski”. Czasopisma młodzieżowe, jak np. „Cogito”, w większości nie wyróżniają się na tle innych i w tonie powszechnego uwielbienia, zachwalają „genialny” pomysł na „tanie” studia.

 

…a jak jest w rzeczywistości?

Jarek, polski student uczący się w Danii, opowiada: „Oferta 3-letnich studiów w mieście Odense wydawała się bardzo atrakcyjna, gdyż nauka miała być za darmo, a zakwaterowanie za »niewielką sumę«. Na wszelkie pytania konsultanci odpowiadali bardzo życzliwie i szczegółowo. Praca podobno nie wymagała znajomości duńskiego, więc zdecydowałem się na wyjazd”. Jak się okazało, reklama mijała się z prawdą. Jarek zakwalifikował się na wydział Production Engineering w Syddansk Evervesskole. Szczęśliwa rodzina zaopatrzyła najstarszego (z czwórki dzieci) syna w kieszonkowe i wysłała do Danii. – Moje problemy zaczęły się tuż po przyjeździe. Poza łóżkiem pokój był pusty, o czym nikt wcześniej nie informował. Musiałem wydać niemalże wszystkie pieniądze na zakup pościeli, zasłon, mebli, sztućców i innych podstawowych rzeczy – narzeka student.

 

Kolejne problemy

- Gdy zaczęły się studia, nie miałem jeszcze pracy, pomimo faktu, iż dużo wcześniej załatwiłem wszystkie formalności związane z zatrudnieniem – mówi Jarek. Problem ze znalezieniem jakiejkolwiek posady dotyczy jednak znacznej części przybyłych obcokrajowców. Jak twierdzi student: „zeszliśmy z kolegami całe miasto pytając o każdą możliwą pracę. Niemalże wszędzie podstawowym warunkiem była znajomość duńskiego. Tam, gdzie nie było tego wymogu – np. przy roznoszeniu gazet – wszystkie posady były już w pełni obsadzone”. Przy dużym wsparciu finansowym ze strony rodziny, Jarek ukończył pierwszy rok studiów. Jednak po dziś dzień ani on, ani jego koledzy z Polski, nie mają pracy. – Większość z tych, którzy przyjechali tu na ponad pół roku, musiało przerwać naukę i wrócić do domu – mówi z rozżaleniem Jarek.

 

Konsulat, MSZ

Ponieważ szkoła wyraźnie odmówiła pomocy studentom, rodzina Jarka zwróciła się z prośbą o pomoc do Kierownika Wydziału Konsularnego w Kopenhadze Piotra Świętacha. Ten ostatni doradził regularne odwiedzanie stron internetowych z ogłoszeniami pracodawców, a sam nagłośnił sprawę: „Korespondencję przedstawiłem Panu Ambasadorowi Adamowi Halamskiemu (…) Do tej sprawy będziemy mogli wrócić jednak po jego powrocie”. Następnie, konsul skontaktował się z jego odpowiednikiem w pobliskim Svendborg oraz przesłał listy do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Mimo pomocy i szczerych chęci konsula, studenci w najbliższej przyszłości nadal pozostaną bez pracy.

 

Niezadowolenie wzrasta

Fora internetowe aż grzmią od informacji, których nikt wcześniej nie opublikował. I tak Julek ze strony Ang.pl narzeka: „Dania jest droga (…) trzeba zapomnieć o piwie, pizzy, i innych przyjemnościach; ja swoje pieniądze przeznaczam przede wszystkim na kserowanie materiałów”. Agnieszka z tego samego portalu dodaje: „Jeszcze nigdy tak mnie nie oszukano”. Wśród najczęściej wymienianych minusów jest właśnie bardzo wysoki koszt utrzymania. Nawet, gdy oszczędzamy, musimy wydać miesięcznie minimum 5000-6000 koron (około 2700-3200 PLN). Ceny podstawowych artykułów spożywczych, jak na przykład chleb (ok. 12 dkk), filet z kurczaka 280 g. (25 dkk) czy jabłka (25 dkk/kg) przekraczają najśmielsze oczekiwania przybyszy z Polski. Opłaty dodatkowe, jak choćby przejazdy autobusowe, to wydatek 17 dkk za bilet w jedną stronę!

 

Każdy kij ma dwa końce

           Wir wyssanych z palca bzdur o edukacyjnym raju, w który wpadły polskie media, jedynie napędza merytoryczną degrengoladę informacji i naraża polskich studentów na poważne kłopoty za granicą. Wspomniany wcześniej Jarek, który jako jeden z wielu wpadł w duńską pułapkę, komentuje sytuację następująco: „Jedyne, co chciałbym osiągnąć to uczciwe informowanie kolejnych rzesz Polaków o minusach wyjazdów na studia do Danii. Ci, którzy pragną uczyć się w tym kraju powinni mieć lepszy dostęp do informacji o tym, co ich czeka, jeśli ewentualnie zdecydują się na tego typu wyjazd. Agencje zajmujące się rekrutacją na tamtejsze uczelnie powinny rzetelniej informować przyszłych kandydatów o warunkach życia na miejscu”. Niestety, jak wszędzie, również i tu rządzi pieniądz. Szkoda jedynie, że za każdym razem okazuje się on ważniejszy od zwykłej troski o ludzki los.

—————————————
Audycja z Radia Łódź dotycząca powyższego artykułu dostępna jest pod adresem:

 

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

wrz 09 24

 Paweł Rogaliński i Krzysztof Kwiatkowski, rogalinski.com.plPrzestępcy w obrożach, podatek ekologiczny i rewolucja w sądach? Stagnacja gospodarcza w Polsce wymusiła szybkie zmiany w prawie: ma być prościej, oszczędniej i korzystniej dla gospodarki. Ale czy cięcia w wydatkach nie spowodują dyskryminacji najuboższych? O nowym prawie, specjalnie dla „Magazynu Polonia„, mówi wiceminister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski.

 

Liczba nowych ustaw, znacznie wpływających na życie szarych obywateli, jest imponująca. Pilne dla rządu są te, które „ułatwiają obywatelom dostęp do wymiaru sprawiedliwości i usuwają niepotrzebną biurokrację w sądach”. Jak wyjaśnia minister Kwiatkowski: „Dążymy m.in. do nagrywania rozpraw, co przyspieszy je o ok. 30 %. Chcemy zmienić papierowy obieg dokumentów na ten całkowicie skomputeryzowany. Modyfikacje powinny skrócić okres oczekiwania na wydanie orzeczenia”. W dłuższej perspektywie czasu będzie to mniej uciążliwe dla Skarbu Państwa. Co więcej, udało się powołać Radę ds. Pokrzywdzonych Przestępstwem, której przewodniczącym jest właśnie Kwiatkowski. – Głównym zadaniem Rady, która jest organem wspomagającym Ministra, jest wypracowanie takich rozwiązań legislacyjnych, aby pozycja ofiary np. w trakcie procesu, była lepsza – wyjaśnia.

Propozycja zmian, która nie została w pełni zrealizowana to postulowane w zeszłym roku przez Kwiatkowskiego utworzenie na Wyspach Brytyjskich „polskich czytelni, bibliotek, a także zapewnienie młodym Polakom urodzonym już na terenie Wielkiej Brytanii i innych państw UE, możliwości korzystania z systemu oświaty w języku polskim”. Niestety, zamiast tego, w ramach oszczędności związanych z kryzysem, zlikwidowano niektóre placówki m.in. w Grecji i Belgii. Sam minister stwierdził jedynie, iż: „zapewnienie Polakom na emigracji możliwości nauki języka polskiego to jedno z najważniejszych wyzwań polityki polonijnej państwa”. O wszelkich dalszych krokach w tej kwestii Polonia może na razie zapomnieć. Tym bardziej, że oszczędności szuka się już nawet u studentów w Polsce. Na pierwszy ogień poszli dwukierunkowcy, którzy mieliby płacić wysokie czesne za drugi fakultet. Zamiast ograniczać możliwości nauki, dużo lepiej byłoby usunąć stypendium motywacyjne, przy jednoczesnym zachowaniu tego socjalnego. Przynajmniej ten ostatni z pomysłów nie dyskryminowałby najbiedniejszych. Ale to niestety nie przyszło do głowy urzędnikom Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Wprowadzane już od września br. elektroniczne obroże dla drobnych przestępców to efekt kolejnych cięć w budżecie. Jednorazowy wydatek 225 milionów złotych ma w dłuższej perspektywie czasu opłacić się i odciążyć zatłoczone polskie więzienia. Sam minister zachwala nowe prawo: „zapewniam pana – System Dozoru Elektronicznego zadziała. Nie zmarnowaliśmy ani jednej złotówki przeznaczonej na wdrożenie go”. Po chwili namysłu dodaje: „system umożliwi kontrolę skazanych poza zakładem karnym, polegającą na przestrzeganiu przez nich obowiązków nałożonych przez sądy penitencjarne”. Można wówczas zakazać zbliżania się do określonych osób lub przebywania w danych miejscach. – Ponadto, system nie obejmie najgroźniejszych przestępców, gdyż nie może być mowy o http://www.spectrum.gd.pl/obrazki/temida.gifjakimkolwiek zagrożeniu dla porządku publicznego. Podobne rozwiązania działają z powodzeniem np. w USA – dodaje Kwiatkowski i przypomina, że w przypadku np. pedofilów, jest zwolennikiem kastracji farmakologicznej: „prace legislacyjne nad tym projektem trwają w Sejmie a ich etap jest bardzo zaawansowany. Liczę na sejmowe porozumienie ponad podziałami politycznymi”.

Ustawa, która okazała się bublem prawnym to wprowadzony w 2007 roku obowiązek całodobowej jazdy na światłach mijania: jest kosztowna, nieekonomiczna i szkodliwa dla środowiska. Krzysztof Kwiatkowski w tym przypadku rozkłada ręce: „Osobiście mam bardzo poważne zastrzeżenia co do celowości tych przepisów. Ale ich pomysłodawcą jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji i to ono powinno się tą kwestią zająć”. Za to Ministerstwo Sprawiedliwości obrało sobie na celownik pijanych kierowców. – Nasze działania zmierzają do skutecznego wyciągnięcia konsekwencji w tych przypadkach. Szereg zmian w prawie karnym już wprowadziliśmy. Obecnie pracujemy nad kolejnymi – informuje minister.

Planowane jest także wdrożenie tzw. podatku ekologicznego, mającego zastąpić akcyzę. Wprowadzona od 2010 roku coroczna opłata, sięgająca nawet 3 tys. złotych w przypadku samochodów sprzed 1992 r., ma przekonać konsumentów do zmiany modelu na nowy. Krzysztof Kwiatkowski jest umiarkowanym zwolennikiem ustawy: „Są to zmiany zaplanowane i wprowadzane przez Ministerstwo Finansów. Niektórzy, choćby Konfederacja Pracodawców Polskich, chwalą ten pomysł – może na nim skorzystać cały przemysł motoryzacyjny w Polsce. A to ma duży wpływ na gospodarkę całego kraju”. Jednak plany w dotychczasowej postaci uderzą głównie w ludzi biedniejszych, których nie stać na zakup nowego samochodu. W ten sposób, nie mogąc pokryć kosztów podatku, stracą środek transportu. Bogatszej warstwy społeczeństwa ustawa nie tknie – w końcu stać ich na nowsze modele aut. Minister uspokaja obawy: „Prace nad szczegółami tej regulacji trwają. Musimy jeszcze wszystko przeanalizować z punktu widzenia konsumentów”.

Wiele kolejnych rozwiązań prawnych jest już w drodze. Najbliższe to nowa Ustawa o Służbie Więziennej. „Projekt przewiduje szereg poważnych zmian, które bezpośrednio wpłyną na pracę więzienników i działanie całego systemu. Czekano na nie od 1996 roku!” – mówi Kwiatkowski. Ważne jednak, aby rządzący nie zapominali o najuboższych. Warto pójść śladem wiceministra sprawiedliwości i nawet w przypadku popierania danej ustawy, nie można rezygnować z dogłębnej analizy nowego prawa. Społeczeństwo ma dość bubli prawnych i nagminnego zapominania przez władze, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

______________________________
„MAGAZYN POLONIA”, Wrzesień 2009, Vol 7, No. 9, s. 9
http://www.magazynpolonia.com/getfile?archive/MP_09_2009.pdf

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , ,

wrz 09 19

fot. abolicja.files.wordpress.com/2009/01/ankerfisk.jpg Skoro na lądzie panuje kryzys, trzeba wybrać się w morze! Tam czekają nas nie tylko wspaniałe widoki i przygody, ale też pokaźna pensja, niejednokrotnie dochodząca do 16 tys. dolarów na miesiąc!

 

Oficerem być…

Grzegorz jest oficerem-mechanikiem marynarki handlowej. Na potrzeby artykułu jego imię zostało zmienione, gdyż mówiąc o zarobkach i swojej pracy, mężczyzna poprosił o anonimowość. Wspomniany oficer pływa obecnie na statku badawczym poszukującym ropy naftowej na dnie morza.

- To przykre, że Polacy w dużej większości pracują jako robotnicy, a nie specjaliści – narzeka pan Grzegorz i dodaje: „na moim statku jest 70 osób, 19 narodowości i tylko ja znad Wisły zajmuję pozycję oficerską. Największy problem dla moich rodaków to bariera językowa. Przed wyjazdem zarobkowym za granicę gorąco polecam solidne nauczenie się języka angielskiego, bo tylko wtedy można osiągnąć sukces w pracy”. Jak zapewnia nasz rodak, „nie wolno też polegać na wielokrotnie wprowadzających w błąd informacjach z Internetu bądź przeróżnych pogłoskach”. Specjalnie dla „Pracy i Nauki za Granicą”, nasz rozmówca przedstawia różne aspekty zatrudnienia na statku.

Plusy…

- Nie będę ukrywać, największą zaletą tej pracy są duże pieniądze – mówi Grzegorz. Następnie dodaje: „zarobki na morzu różnią się w zależności od wielu czynników, w tym np. rodzaju statku. Na morzu zarabia się odpowiednio do rangi:

  • Szeregowy marynarz pokładowy – 2000-3000 USD/miesiąc
  • Szeregowy marynarz z działu maszynowego – 2030-3030 USD/miesiąc
  • 3/Off (trzeci oficer pokładowy) – 2500 USD/miesiąc
  • 2/Off (drugi oficer pokładowy) – 3500 USD/miesiąc
  • 1/Off (pierwszy oficer, szef pokładu) – 5000 USD/miesiąc
  • Kapitan – 6000-8000 USD/miesiąc

- Bardzo podobnie rzecz się ma do stopni oficerskich-maszynowych dla mechaników – kontynuuje pan Grzegorz i zaznacza: „wysokość stawki może się znacznie wahać. Na statkach specjalistycznych (np. badawczych) pensje są dużo wyższe niż na tych typu cargo (do przewozu towarów). Należy zatem liczyć na pensję ponad dwukrotnie wyższą niż na podanym wcześniej schemacie”. Ponadto, dużym udogodnieniem jest możliwość otrzymywania pensji na statku lub w domu (choć w przypadku marynarzy szeregowych honorarium wypłacane jest tylko na morzu). Kolejną zaletą tej pracy jest „fakt, iż często przybijamy do portu, gdzie można zwiedzić wiele zabytków i poznać kulturę innych krajów”.

…i minusy

Z drugiej jednak strony, kontrakty potrafią trwać od 5 tygodni do 6 miesięcy – wszystko, podobnie jak w przypadku wysokości pensji, zależne jest od armatora i rodzaju statku (te specjalistyczne mają najkrótsze wyprawy, bo trwają one „zaledwie” 5-8 tygodni oraz zapewnione są pomiędzy nimi kilkutygodniowe przerwy na pobyt w domu). Wiadomo, że długa rozłąka z rodziną nie zachęca młodych marynarzy do podejmowania tej pracy. Ale jak mówi pan Grzegorz: „to indywidualna decyzja każdego członka załogi, zależna przede wszystkim od chęci i kwestii pieniędzy”.

Jak zdobyć pracę?

Wymagania odnośnie wykształcenia pracownika są porównywalne do wszelkiego rodzaju innych zawodów. Jak mówi pan Grzegorz: „w marynarce handlowej mamy dwa podstawowe kierunki oficerskie: dział mechaniczny oraz nawigacyjny. Aby otrzymać uprawnienia do wykonywania tej pracy, należy skończyć studia w Akademii Morskiej w Szczecinie lub Gdyni (dawniej: Wyższej Szkole Morskiej)”.

Jednak nie wszędzie wymagane jest wyższe wykształcenie – „w dziale załogi szeregowej wystarczy ukończyć odpowiednie kursy. Należy wówczas (oczywiście za niewielkie honorarium) odbyć półroczną praktykę na morzu”. Po powrocie w Urzędzie Morskim będzie czekać na nas „zaświadczenie o prawach do wykonywania zawodu marynarza okrętowego (w dziale pokładowym) lub też motorzysty maszynowego (w dziale maszynowym)”.

Następny krok ku zdobyciu wymarzonej pracy to złożenie aplikacji do jednej z agencji morskich. Te mają swoje siedziby w Szczecinie, Gdańsku, Gdyni oraz Warszawie. – Podania o pracę składa się przeważnie drogą emaliową – mówi oficer i dodaje: „agencje posiadają ogłoszenia z różnych typów statków i dobierają do nich załogę w zależności od doświadczenia marynarzy”. Ale nawet będąc żółtodziobem, nie trzeba się przejmować, bo jak zapewnia pan Grzegorz: „w dzisiejszych czasach brakuje kadry oficerskiej, więc nie jest trudno dostać pracę na morzu”.

Za co trzeba zapłacić? Czego się spodziewać?

- To agencja morska płaci za transport, wszelkie szczepienia i wyrobienie brakujących dokumentów, czyli np. wizę – mówi oficer. Ponadto, „wyżywienie na statku oraz zakwaterowanie jest również zagwarantowane przez pracodawcę”. W wyniku tego nie ponosimy żadnych dodatkowych opłat. W większości wynagrodzenie jest opłacane „door to door”, a więc „od momentu wyjścia z domu uznaje się, że każdy kolejny dzień jest przepracowany” – zapewnia pan Grzegorz.

 Czego się spodziewać? – Przede wszystkim pięknych widoków na morze, ale też ciężkiej pracy w ekstremalnych warunkach pogodowych – odpowiada rozmówca i dodaje: „trzeba być bardzo silnym fizycznie i psychicznie – przede wszystkim ciężko przyzwyczaić się do życia z dala od najbliższych i nieustannego przebywania z innymi marynarzami”.

Jeśli wszystko to nie zraziło jeszcze potencjalnych kandydatów na marynarzy do pracy na morzu, to na co czekać? Pamiętajmy jednak, że pierwszy krok do wysokiej pensji to dobre władanie językiem obcym. Dopiero później można myśleć o kolejnych posunięciach.

Paweł Rogaliński

______________________
ARTYKUŁ OPUBLIKOWANY W:
„PRACA I NAUKA ZA GRANICĄ” nr 148 (07.09-20.09.2009), s. 14

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , ,

wrz 09 15

 It is commonly known that there are some stereotypes according to which people ofChelmford school, blog dziennikarski different nationalities are perceived. Sometimes a person does not need to know somebody to make a judgment about them. Such national discrimination starts as early as at school.

Because schools work like small societies, it is fairly easy to observe behaviours of certain groups towards others. Using the survey done at one of British schools in Chelmsford, Essex, it is easy to find that the school is attended by several nationalities: 68% of English, 21% of Chinese, 7% of both Spanish and Mexican and 4% of Polish and German students. The students had to complete a questionnaire and were asked questions on their attitude towards different nationalities.

The first group includes English students who are not willing to mix up with students of any other national background. They prefer to stay within an English group of people as they share the same interests, behaviour, likes or dislikes. Moreover, most English people are reluctant towards other nationalities. They don’t particularly like Chinese as they tend to get better marks than them. Spanish and Mexicans, in their opinion, are poor at English and don’t understand simple jokes or sayings. Whereas Polish and Germans are considered to be more hard working and usually doing better than them, which is unacceptable for English students in English school. This opinion is typical, because it is shared by almost 90% of all British children learning there.

The next group includes Chinese students who, on the other hand, discriminate against English in particular. It is because English students, especially those of rich families, are badly-behaved. This is completely opposite to Chinese, who are very obedient and polite. The conflict grows mostly because all the teachers praise Chinese for their effort and attainment whereas English are often reproached for their laziness and telling back. These group of children are the best example of people discriminating native speakers while their stay in TLC country.

In addition to these two groups, there is another group: Spanish and Mexicans who behave in a similar way to English people. They are not particularly fond of spending time with students from any other nations. They do not accept any help, although their English tends to be very poor. They also offer no help as they prefer to stay away from any foreigners, as they do not think highly of them. They feel most comfortable in their own company and if they do not have to speak English. This opinion is shared by almost 85% of that nationality group and it is an exellent example of discriminating foreigners that can lead to xenophobia.

And finally, Polish and Germans usually accept the fact that they are in a foreign country and that they have to adapt to different rules and culture. They spend quite a lot of time with their English mates and they do not complain about it. The only people that they are jealous of are Chinese. Because Polish and Germans like scientific subjects, in contrast to English, who tend to be hopeless at science, it is hard for them to accept the fact that Chinese are always better. It causes, for example, some unwillingness on Polish and German part to spend time with their Chinese mates. It also sometimes leads to some rude comments and racist remarks when it comes to classroom rivalry.

All in all, for many people discrimination is a strong word and does not mean mere unwillingness or dislike. Nevertheless, it starts at this stage and grows more powerful with age. At school, students usually are not yet aware that what is now perceived as being reluctant to mix up with others on the basis of their national or racial background, may become a very serious social problem later on. However, the cultural differences are yet too big to fight it. The only thing left is hope that future generations will be more willing to accept other nations as equal, as we are all in the same boat.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , ,

wrz 09 13

<Wywiad przeprowadzony 4,5 roku temu, zanim powstał blog>

Modelka. Chce zachować anonimowość. 23 lata, piękna sylwetka, burza włosów. Twarz dobrze znana twórcom mody. Podkreśla, że modelki traktują to, co robią jako przyjemność.  www.rogalinski.bloog.pl, blog dziennikarski, modelki, agencja modelekJak sama mówi, „wszystko zależy od czasu wolnego w danym miesiącu”.

 

- Opowiedz nam jak rozpoczęła się twoja praca modelki i skąd takie zainteresowanie?

- No cóż, wszystko zaczęło się w pierwszej klasie liceum, kiedy to udałam się na kurs dla modelek i prezenterek do „Telimeny”, agencji reklamowej w Łodzi. Tam nauczyłam się wszystkich podstaw: jak się poruszać po wybiegu, w co się ubierać, w jaki sposób nakładać makijaż, czy jak wypowiadać się przed kamerami. Później po prostu chciałam skorzystać ze swoich umiejętności i przy okazji znaleźć jakąś rozrywkę od zajęć w szkole, bo tak to przede wszystkim traktowałam.

- Czyli chcesz powiedzieć, że taka praca nie koliduje z twoimi zajęciami, a jedynie stanowi dla ciebie rozrywkę?

 

- Jak najbardziej. W tym momencie studiuję filologię angielską i to jest dla mnie najważniejsze. Poza tym moi pracodawcy się z tym liczą. Wiedzą, że młode dziewczyny zazwyczaj studiują i nie mogą być tym samym zawsze dyspozycyjne.

 

- A więc obalasz mit, że modelka jest dziewczyną, która jedynie szuka zarobku, robiąc wszystko, co agencja jej każe.

- Nigdy w życiu nie słyszałam o takim micie. Moje wszystkie koleżanki, które są modelkami studiują i naprawdę traktują to, co robią jako przyjemność.

  

- W ilu pokazach miesięcznie uczestniczysz?

- Czasem w dwóch, czasem w jednym. Wszystko zależy od mojego czasu wolnego w danym miesiącu. Przygotowania do pokazu trwają nawet do kilku dni…

 

- Powiedz coś o swoim ostatnim pokazie.

- Miał miejsce w Teatrze Muzycznym, jednak był to pokaz zamknięty. Został zorganizowany na 10-lecie firmy Kastor i były zaproszone jedynie osoby z teatru i telewizji. Poprzedzony był pięknym występem wokalistów tego właśnie teatru. Naprawdę bardzo mile wspominam ten występ.

- Jakie znane osoby tam gościły?

-  Wiesz, brzmi to dość niewiarygodnie, ale w tych wszystkich światłach dojrzałam jedynie Roberta Leszczyńskiego, a o reszcie wiem tylko ze słyszenia, że tam byli.

  

- To musiało być naprawdę ekscytujące. A teraz chciałbym odrobinę zmienić temat naszej rozmowy i dyskretnie spytać, co robisz, by utrzymać dobrą formę i figurę. No, bo to chyba jest dla modelek najważniejsze.

- Na pewno tak. Gram w koszykówkę. Grałam z resztą w reprezentacji mojej szkoły, poza tym uprawiam taniec towarzyski, a w wolnych chwilach jeżdżę konno.
 

- A co z dietą?

- Właściwie jej nie przestrzegam. Nie ma mnie całymi dniami w domu, ponieważ albo mam zajęcia, albo uczę dzieci angielskiego, albo z kolei jestem na treningu. Odżywiam się więc nieregularnie, kupując posiłki na mieście. Ale wierz mi, ćwiczenia wszystko rekompensują.

- Masz wyjątkowo „szybki” styl życia.

- W dzisiejszych czasach to nieuniknione.


- Dziękuję Ci więc za wywiad i życzę powodzenia i dalszych sukcesów.

- Również dziękuję. Było mi bardzo miło.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , ,

wrz 09 09

<TEKST OPUBLIKOWANY PRZEZ   wprost, rogalinski.bloog.pl  NA STRONIE: http://www.wprost.pl/ar/170023/E-learning-jzyklw-obcych/ oraz http://elearning.wprost.pl/aktualnosci/id,170023/E-learning-jezykow-obcych.html >

Każda licząca się na rynku firma musi przykładać coraz to większą wagę do odpowiedniego wykształcenia swojej kadry. Czy jednak czas kryzysu gospodarczego to dobry moment do inwestowania w swoich pracowników? Okazuje się, że jak najbardziej! Dlatego też nietrudno zauważyć rosnące zainteresowanie kursami języków obcych. Ze szkoleń na masową skalę korzystają jednocześnie płotki, grube ryby i rekiny biznesu. Jednym słowem w kraju mamy sezon na języki, o którym opowie mgr Piotr Kołodziejczyk, specjalista nadzorujący kursy językowe dla firm w szkole językowej Professional w Łodzi.

Panie Piotrze, dlaczego firmy tak często posyłają swoich pracowników na kursy językowe?

Każdy pracodawca chce, by jego kadra należała do najlepszych w branży. Szczególnie w chwili, gdy trzeba walczyć o utrzymanie pozycji na rynku. W dzisiejszych czasach, by zyskać zaufanie swoich klientów, nie wystarczy wyłącznie oferta dobrych usług i produktów. Sukces w dużej mierze zależy od dobrego wykształcenia pracowników firmy, którzy znając języki obce, są w stanie w pełni wykorzystać swoją wiedzę podczas prezentowania danej oferty obcokrajowcom. Tylko w ten sposób polskie przedsiębiorstwa są w stanie konkurować z zagranicznymi.

Czy nie lepiej od samego początku zatrudnić dobrze wykształconego pracownika?

Znalezienie specjalisty w danej dziedzinie, z satysfakcjonującym nas doświadczeniem i odpowiednią znajomością języków obcych jest bardzo trudne. Nawet, jeśli uda się znaleźć osobę o wysokich kwalifikacjach, najprawdopodobniej zażyczy ona sobie o wiele wyższą pensję niż pozostali.

Ale kursy językowe też kosztują. professional, centrum języków obcych, piłsudskiego 135, angielski, e-learning, e-nauka, blog dziennikarski, rogalinski.bloog.pl

Owszem, jednak jak się często okazuje, cena przeszkolenia pracowników jest dużo niższa od wygórowanych pensji osób z dobrą znajomością języka obcego. Drugim argumentem jest fakt, że osoby zatrudnione od dłuższego czasu, lepiej znają potrzeby danej firmy niż nowicjusze. Toteż zastępowanie „weteranów" przedsiębiorstw nowymi twarzami mija się z celem, nawet, jeśli trzeba zapłacić za przeszkolenie tych pierwszych.

Jakiego typu kursy są najpopularniejsze wśród firm?

Wiele spółek decyduje się na naukę języka angielskiego z naciskiem na słownictwo specjalistyczne, a więc głównie z dziedzin handlu, bankowości i finansów, biznesu, prawa lub medycyny. Jako formy nauki, firmy preferują zajęcia z dojazdem bądź e-learning. Są one o tyle wygodne, że klienci nie muszą fatygować się do placówki szkoły.

Wygoda ma jednak swoją cenę, czyż nie?

Nic bardziej mylnego! Jedynie koszt zajęć indywidualnych z dojazdem do firmy jest wyższy od standardowego kursu i wynosi około 55-90 złotych za 45 minut. Natomiast cena półrocznej nauki przez internet waha się w zależności od placówki, która takie lekcje oferuje. Dla przykładu, w centrum językowym, w którym jestem zatrudniony, 60-godzinny semestr e-learning'u kosztuje 490 złotych.

Na czym polega internetowy kurs angielskiego?

Na indywidualnym koncie każdego naszego słuchacza, co tydzień pojawiają się specjalnie przygotowane ćwiczenia, złożone ze wszystkich niezbędnych części: pisania, czytania, gramatyki, poszerzania słownictwa, ćwiczeń ze słuchu oraz konwersacji. Oferta części mówionej jest niezwykle istotna, a mimo to często pomijana przez szkoły językowe. Dlatego bardzo ważne jest, aby wybrać pełnowartościową formę e-nauki. Może ona wtedy z powodzeniem zastąpić tradycyjny kurs językowy, oszczędzając nie tylko nasze pieniądze, ale i czas.

Który lektor rzetelniej nauczy języka obcego: native speaker czy polski filolog?

Native speakerami, dajmy na to języka polskiego, jest większość Polaków. I to bez względu na fakt, jakie wykształcenie posiadają. Czy uważa Pan, że osoba „z ulicy" jest w stanie nauczać języka, którym posługuje się na co dzień? O olbrzymiej niekompetencji i lukach w wiedzy native speakerów nie mówi się zbyt często, dlatego też trzeba pamiętać, by nie wierzyć pustym sloganom wypisanym w reklamach szkół językowych.

Gdzie można znaleźć dodatkowe informacje o metodach i formach nauki języków obcych?

Z pewnością internet jest tu bardzo przydatnym źródłem wiadomości. Godna odwiedzenia jest zakładka Metodyka na stronie o nazwie: www.tlumaczenia-angielski.info. Odnośnie e-nauki, polecam wejście na witrynę www.e-learning.professional.net.pl, na której szczegółowo opisane są zalety korzystania z tej formy szkolenia. Przechodząc do innych mediów, warto zwrócić uwagę na kanał telewizyjny TVN Lingua (obecnie już tylko na platformie Onet.tv), specjalne audycje w radiu lub artykuły prasowe w prestiżowych i wiarygodnych czasopismach.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał: Paweł Rogaliński

_______________________________

WPROST, 25 sierpień 2009,
http://elearning.wprost.pl/aktualnosci/id,170023/E-learning-jezykow-obcych.html

_______________________________

ZAPRASZAM DO PRZECZYTANIA DRUGIEGO ARTYKUŁU DOTYCZĄCEGO E-LEARNINGU JĘZYKÓW OBCYCH:
http://myengland.pl/anglia/e-nauka-caly-swi-t-w-zasiegu-reki,news/

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

wrz 09 04

  Pesymiści są zdania, że wody oceanu zatopią Polskę w przeciągu najbliższych 50 lat. Optymiści pocieszają, że może to nastąpić dopiero za 100 lat. Tak, czy inaczej, przeprowadzka do innych krajów będzie konieczna. Brzmi jak scenariusz filmu science-fiction? Niestety, tym razem dzieje się to naprawdę.

 Poland, Polska, Kiribati, blog dziennikarski, www.rogalinski.com.pl

Co z tą Polską?

            Oczywiście mowa nie o naszym kraju, ale o miejscowości Poland na Wyspie Bożego Narodzenia, należącej do mikronezyjskiej Republiki Kiribati. Ten składający się z 33 skrawków lądu kraj rozsiany jest na obszarze niemal 3800 kilometrów. Wspomniana wcześniej wyspa to największy atol na świecie. Niestety jego nazwa nie jest zbyt oryginalna, gdyż tym samym terminem określa się zupełnie inne miejsce, niedaleko Australii. Tamtejsze osady zwą się równie niewyszukanie, np. Londyn, Paryż czy wymieniona już Polska (ang. London, Paris, Poland). Ciekawostką może być fakt, iż język używany na wyspach to połączenie angielskiego z tamtejszym kiribati. Jeśli dodamy do tego elementy słownictwa z Japonii i kilku europejskich państw, otrzymamy zdumiewające połączenie.

            Problemem państwa oddalonego prawdziwej Polski o blisko 20 tysięcy kilometrów są skutki globalnego ocieplenia klimatu. To prawdziwy koszmar dla mieszkańców wysp koralowych, które położone są niezwykle nisko nad poziomem Oceanu Spokojnego. Z apelem o ratunek dla tonącego kraju przyjechała na szczyt klimatyczny do Poznania pani Tererei Abete-Reema, minister środowiska mikronezyjskiej Republiki Kiribati.

 

Szczypta historii

 

            Już w 1777 roku słynny angielski żeglarz James Cook dobił do Wyspy Bożego Narodzenia. Miejsce zawdzięcza tę nazwę od dnia jego przybycia – 24 grudnia. W wyprawie brało udział dwóch Polaków z Gdańska – Jerzy i Jan Foresterowie. Ponieważ wyspa była zupełnie dzika i bezludna, nie przykuła większej uwagi przybyszy. Dopiero w 1902 roku atol został skolonizowany. Aby produkować koprę – wysuszony miąższ orzechów palmowych, postanowiono zasadzić tam 70 tysięcy drzew. Gdy większość z nich uschła z powodu przesolenia gleby, ponowiono tę czynność, tym razem przy użyciu blisko pół miliona sadzonek. I udało się! Przyjęła się ponad połowa. Pozwoliło to na rozpoczęcie handlu.

            Na początku XX wieku jeden ze starszych mechaników pracujących na statku towarowym, Stanisław Pełczyński, założył niedaleko portu nową osadę i plantację palm. Co więcej, nauczył pracujących tam tubylców efektywnego nawadniania drzew. W podzięce osiedle nazwano Poland, pobliską zatokę Stanislas Bay a katolicki kościół w centrum nowopowstałego „miasta" – pod wezwaniem świętego Stanisława. W niedługim czasie Polska stała się największą osadą na wyspie.


Wojenna pożoga


            Okres II Wojny Światowej i lata po niej następujące mocno nadszarpnęły spokojne, wyspiarskie życie tamtejszych mieszkańców. Do roku 1943 trwały tu zaciekłe walki między Japonią i aliantami. Następnie, w latach 1956-58 Wielka Brytania detonowała tu swoje nuklearne bomby wodorowe, co wywołało setki przypadków chorób nowotworowych u tubylców i stacjonujących w okolicy żołnierzy. Jakby tego było mało, po 9 angielskich bombach przyszedł czas na te amerykańskie. USA przeprowadziło aż 24 próby nuklearne, co niemalże całkowicie zniszczyło tamtejszą florę. Zginęły miliony ptaków, z czego duża część spłonęła żywcem w swoich gniazdach.

             Polska, której ludność wcześniej ewakuowano, została zmieciona z powierzchni ziemi. Po latach, dużym nakładem pracy odbudowano ją, ale utraciła status największego „miasta" na rzecz Londynu. Podczas gdy całą wyspę zamieszkuje 5115 mieszkańców, w Polsce żyje już tylko 235 osób. Jak opisuje to miejsce polski podróżnik Wojciech Dąbrowski: „Elektryczne żarówki zawieszone pod strzechami świecą tylko przez kilka godzin dziennie – gdy działa agregat. Dla tych ludzi London – główne osiedle po drugiej stronie laguny, to wielki świat".


Raj utracony?

 

            Dyskusja o ociepleniu klimatu nigdy nie jest łatwa. Z jednej strony trzeba wykluczyć działania krępujące rozwój światowej gospodarki, z drugiej zaś nie można dopuścić do zatapiania kolejnych wysp. Polska na Pacyfiku, położona niecałe 2 metry nad poziomem morza, już niedługo może zniknąć z naszych map. Rok w rok poziom oceanów podnosi się o 4 milimetry. Pani minister Tererei Abete-Reema zaprosiła wszystkich Polaków do odwiedzania ginących, rajskich wysp, bo już niedługo może być za późno na podróż „from Poland to Poland".

             Dokładnie 10 lat temu Republika Kiribati straciła w odmętach oceanu dwie ze swoich wysp koralowych. Wydarzenie to spowodowało paniczne zabieganie na forum międzynarodowym o wzmożenie walki z ociepleniem klimatu. A jest o co się starać – jak opisuje swoje wrażenia wspomniany wcześniej Wojciech Dąbrowski: „Szybko zorientowałem się, że Poland to miejsce najbardziej odległe od cywilizacji. Ludzie żyją tu w ciszy i spokoju – bez tych wszystkich stresów, które niesie współczesna kultura". Jednym słowem raj, którego wkrótce może na Ziemi zabraknąć. A wówczas tego typu widoki będziemy oglądać już tylko w telewizji…

____________________________
"POLISH ZONE" Wrzesień 2009, s. 34
http://www.polishzone.co.uk/uploaded/PZ22.pdf

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , ,

sie 09 25

 „Gdzie mieszkamy. Czego potrzebujemy” – to główne hasło ósmego już, corocznego  Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, BrukselaEuropejskiego Spotkania ds. Ludzi Doświadczających Biedy. Na zaproszenie prezydencji czeskiej do Brukseli zjechali goście z całej Europy: politycy, członkowie organizacji charytatywnych, delegacje osób ubogich oraz dziennikarze. Będąc przedstawicielem mediów z Wielkiej Brytanii, miałem niezwykle trudne zadanie obiektywnej oceny całej imprezy.

 

          Obrady, trwające kilka dni, odbywały się w Pałacu Egmont. Przybyłe delegacje osób wykluczonych społecznie raz po raz przedstawiały kolejne problemy najbiedniejszych i możliwości ich rozwiązania. Wielu z nich opowiadało historie swojego życia. Nie brakowało rodziców ciężko chorych, wymagających rehabilitacji dzieci. Niskie zarobki uniemożliwiały kupno drogich leków dla ich pociech. Na twarzach przedstawicieli ubóstwa widać było zmęczenie trudami życia. Kiedy mówili, ich ręce niejednokrotnie drżały ze stresu, a oczy pełne były łez. Jako obserwator, byłem wstrząśnięty. Problemami, przeżyciami, ironią losu. Takie doświadczenie zapada w pamięć do końca życia.

          Polska delegacja złożona była z pani koordynator wyjazdu i pięciu przedstawicieli ubóstwa. Ich kłopoty opierały się w głównej mierze na problemach finansowych. Historia jednego z mężczyzn z naszego kraju była szokująca. Za długi wynoszące 400 złotych, trafił do aresztu. Policjanci, zamiast zapukać w drzwi i poinformować o karze, powybijali w środku nocy wszystkie okna w mieszkaniu i wskakując przez nie, skuli go w kajdanki. Podobny los czeka jego koleżankę z delegacji, która co miesiąc otrzymuje listy od firm windykacyjnych i policji. Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, Bruksela

          Wypowiedzi w sali nabierały coraz to bardziej emocjonalnego nastawienia. Atmosfera tam panująca przepełniona była jednocześnie rozpaczą i nadzieją. Przedstawiciel Niemiec, drżącym głosem postulował: „Od ośmiu lat spotykamy się w Brukseli. Ciągle obradujemy, wymieniamy się wnioskami i nie widzimy żadnych efektów tych spotkań. W przyszłym roku znów zjadą się delegacje i ponownie nikt nie podejmie żadnych kroków w celu poprawy sytuacji biednych. To musi się zmienić”. Po tych słowach wszyscy powstali a sala rozbrzmiała hukiem gromkich oklasków. Jedynie politycy prowadzący obrady zachowali dyplomatyczny dystans.

          Napiętą sytuację próbował załagodzić Martin Žárský, przedstawiciel czeskiego Ministerstwa Spraw Społecznych. Nawiązał on do mojej wypowiedzi z zeszłego dnia, iż na posiedzeniach powinni być obecni także politycy krajowi i regionalni, bo to oni mogą najszybciej wprowadzić przedstawiane pomysły w życie. Vladimír Špidla, były premier Czech oraz komisarz Unii Europejskiej ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych i Równości Szans dodał, że: „rezultaty nowych aktów prawnych nie są widoczne na pierwszy rzut oka, w związku z czym nie ma możliwości od razu zauważyć te postępy. Aby praca zaowocowała w odczuwalne skutki, potrzeba nam wielu, wielu lat”.

          Ataki słowne i rozżalenie ludzi ubogich były spowodowane z jednej strony poczuciem olbrzymiej odpowiedzialności za skutki obrad, z drugiej zaś kolosalną różnicą warunków bytowych, w jakich się znaleźli. Bankiety i lunche w niezwykle bogatych salach pałacu Egmont oraz drogie hotele w centrum Brukseli (gdzie dobowy pobyt jednej osoby wynosił blisko 250 euro), były niczym wycieczka wygrana na loterii. Myśl, że za kilka dni wrócą do swoich krajów i znów będą głodować, stała się istnym koszmarem. Zapewnienia polityków, że Komisja Europejska robi wszystko, by zapobiec ubóstwu, nie były w stanie uspokoić zgromadzenia pełnego żalu, frustracji i… olbrzymiej nadziei na zmianę.

 Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, Bruksela          Rozmawiając z wieloma osobami, często słyszałem zarzuty pod adresem Komisji: „Unia rozrzuca pieniądze na lewo i prawo, zamiast podjąć konkretne działania zwalczające biedę”. Inne opinie dotyczyły celowości spotkania. – Przecież na ten zjazd musieli wydać fortunę! – komentowała jedna z dziennikarek. Czy jednak fala krytyki była sprawiedliwa?

          Komisja Europejska, jako jedyny organ posiadający inicjatywę ustawodawczą, opracowuje wnioski nowych aktów prawa unijnego, przedkładanych następnie Radzie i Parlamentowi. To od niej zależy kształt przyszłych ustaw, dlatego przed podjęciem jakichkolwiek kroków, musi zdobyć rozeznanie w wielu trudnych sytuacjach. Aby tworzone prawo nie było oderwane od rzeczywistości, Komisja zawsze spotyka się i rozmawia z różnymi grupami interesu oraz zasięga porady Komitetu Regionów a także Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego.

          Jak widać, spotkanie było niezbędne. Pozwalało bowiem na wysłuchanie tych, którzy są najbliżej biedy. To oni wiedzą najlepiej czego im potrzeba i jak poradzić sobie z dręczącymi ich problemami. Przepych również nie powinien być elementem krytyki, ponieważ nie ma innego, lepszego wyjścia. Chyba nikt nie wyobraża sobie zapewnienia biednym tanich pensjonatów i najniższej klasy jedzenia, gdyż byłoby to jawną dyskryminacją i nietaktem – w końcu politycy na co dzień jedzą inaczej. Pomimo licznych kontrowersji, jakie powstały wokół spotkania, całą inicjatywę walki z ubóstwem należy ocenić pozytywnie. Jak powiedziała Anna Osińska, krajowy koordynator EAPN na Spotkania w Brukseli oraz członek zarządu ATD w Warszawie: „Moje wrażenia są dosyć mieszane, ale mimo to wierzę, że obrady mogą wiele zmienić dla jednego człowieka: przede wszystkim dodać mu energii i zaszczepić pozytywną myśl”.

 Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, Bruksela
___________________________
MAGAZYN POLONIA, 07-08.2009, str. 9.
http://www.magazynpolonia.com/getfile?archive/MP_07-08_2009.pdf

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , ,

Strony: Poprzednia 1 2 3 ...45 46 47 48 49 50 51 ...57 58 59 Następna