Strony: Poprzednia 1 2 3 ...9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 Następna
maj 08 05

   Ewelina Kitlińska, Regional Marketing Manager CEE HAYS Poland

Nasz rodzimy rynek pracy od kilku lat pustoszeje. Najbardziej dotkliwa okazuje się niedostateczna liczba fachowców, którzy w pogoni za pieniądzem wyemigrowali na Zachód. Pozostawione wakaty nie cieszą się dużą popularnością, bo najzwyczajniej nie ma kto się nimi zainteresować. W tej trudnej sytuacji z pomocą Ministerstwu Pracy i Polityki Społecznej przyszły: Brytyjsko Polska Izba Handlowa oraz grupa HAYS, specjalizująca się w doradztwie personalnym. Tworząc program „Wracaj do Polski", starają się one zachęcić rodaków do ponownego podjęcia pracy nad Wisłą. O całym pomyśle i planowanych działaniach opowiada Ewelina Kitlińska, menadżer HAYS Poland.

 

 

Program „Wracaj do Polski" działa już od zeszłego roku i zyskuje coraz to większe: renomę i rozgłos. Proszę powiedzieć, na czym konkretnie polega pomoc emigrantom i pracodawcom w kraju?

 

 

Koncentrujemy się na kilku obszarach pomocy zainteresowanym odbiorcom programu. Przede wszystkim staramy się docierać z różnymi informacjami o obecnym rynku pracy w Polsce do rodaków, którzy wyjechali w momencie, gdy bezrobocie sięgało 20%. Wówczas trudno było znaleźć pracę, wiele osób nie widziało dla siebie perspektyw. Od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej na naszym rynku wiele się zmieniło: nieustannie spada bezrobocie (ostatnie dane z lutego 2008 – ok. 11%), zaczęło też brakować pracowników. Przede wszystkim jednak wzrosły płace, szczególnie w tych branżach, gdzie trudno znaleźć dobrych specjalistów (w szczególności są to: budownictwo, IT, finanse). Ponadto, zainteresowanym przedstawiamy konkretne oferty pracy, nie tylko naszej firmy, ale też firm partnerskich. Prowadzimy liczną korespondencję, starając się rozwiać wszelkie wątpliwości pytających, bądź też kierować ich do odpowiednich organizacji, które potrafiłyby pomóc w konkretnych sprawach. Z kolei pracodawcy mogą dotrzeć ze swoimi ofertami do szerszego grona potencjalnie zainteresowanych powrotem do kraju osób. Proszę pamiętać, że nie docieramy wyłącznie do emigrantów z Wielkiej Brytanii, choć trzeba przyznać, że to największa grupa adresatów działań. Mamy jednak kontakty z ludźmi z całej Europy, czy świata, jak choćby korespondencje z Nowej Zelandii, Kanady, czy USA.

 

 

 Ile firm zgłosiło się do programu?

 

 

Obecnie współpracujemy z kilkoma, natomiast zgłoszeń było kilkanaście i trwają z nimi rozmowy na temat kształtu przyszłej współpracy. Z miesiąca na miesiąc chętnych jednak przybywa.

 

 

Jakie było zainteresowanie zeszłorocznymi Brytyjsko Polskimi Targami Pracy w Londynie? Czy w tym roku również planują Państwo podobną inicjatywę?

 

 

Brytyjsko – Polska Izba Handlowa organizuje cyklicznie takie targi. Było nimi dość duże zainteresowanie. W tym roku również będą organizowane. Najbliższe planowane są na wrzesień w Londynie i północnej Anglii. W Szkocji będą w drugiej połowie roku.

 

 

Jakie argumenty mogą przekonać emigrantów do rezygnacji z ich angielskiej pracy i zatrudnienia się w Polsce a jakie znów pracodawców, by chcieli poszukiwać specjalistów za granicą?

 

 

Po pierwsze – relatywne wynagrodzenia w Polsce zaczynają być takie same jak za granicą, a nawet wyższe. Nominalnie mogą i w wielu wypadkach są mniejsze, ale jeśli porówna się koszty utrzymania w kraju i za granicą, to te ponoszone w Polsce są znacznie niższe. Ponadto złotówka umacnia się względem walut obcych, szczególnie funta i to również powoduje, że kwoty zarabiane na Wyspach zaczynają być mniej atrakcyjne (szczególnie dla tych, którzy myślą o odłożeniu oszczędności za granicą i powrocie z nimi do kraju). Ponadto dla osób planujących założenie własnej działalności gospodarczej jest teraz dobry moment, gdyż powstało wiele programów dofinansowania jej ze środków unijnych.

 

 

Jakie są zasady finansowania programu? Jakie koszty ponosi pracownik, bądź pracodawca korzystający z Państwa pomocy?

 

 

Program jest finansowany przez założycieli: HAYS Poland oraz Brytyjsko – Polską Izbę Handlową. Pracownik, czy zainteresowany kandydat nie ponosi żadnych kosztów udziału w rekrutacji. Pracodawca – koszty zamieszczenia na stronie informacji o swoich ofertach pracy, a jeśli jest to Klient naszej firmy – określone umowami dotyczącymi rekrutacji. Pragnę też zaznaczyć, że nasz program jest niezależny od działań Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. MPiPS jest patronem merytorycznym, natomiast nie jest w żaden sposób związane finansowo z „Wracaj do Polski".

 

 

Na stronie internetowej Polonii "Polska Chata" zamieszczone są informacje o finansowanych przez Europejski Fundusz Społeczny kursach doszkalających. Jakiego rodzaju są to kursy, gdzie się odbywają i kto może z nich skorzystać?

 

 

Jest wiele kursów organizowanych przez różne organizacje, a finansowanych przez Europejski Fundusz Społeczny, jeśli nie w całości, to w 80%. Są one albo adresowane do firm, które mogą wysyłać na nie swoich pracowników, albo są kierowane np. do osób chcących zwiększyć swoją atrakcyjność na rynku pracy. Listę można znaleźć na przykład na stronie: http://www.szkolenia24h.pl/szkolenia_efs.php. To oczywiście przykład; jest ich znacznie więcej.

 

 

Napisali Państwo o swoich sukcesach w "pomocy w drodze powrotnej do kraju". Czy mogłaby Pani rozwinąć ten temat?

 

 

Tygodniowo dostajemy kilkanaście do kilkudziesięciu aplikacji na różne stanowiska lub próśb o rejestrację w naszej bazie. Parędziesiąt osób uczestniczy w procesach rekrutacyjnych do firm w Polsce, kilka z nich zostało już zatrudnionych. Jako przykład, na naszej witrynie internetowej umieściliśmy historię Pana Przemysława Mazura. Można ją przeczytać na stronie pod adresem: http://www.wracajdopolski.pl/index.php?ns_kat=123

 

 

Ile osób udało się dotąd zachęcić do powrotu do kraju?

 

 

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wciąż wiele osób jest sceptycznych do powrotu – co widać chociażby w wypowiedziach na forum strony lub w naszej korespondencji. Cieszy nas jednak to, że ok. 15-25% osób pisze, że rozważa powrót do ojczyzny. Zakładając, że "zachęconymi" mogą być te osoby, które nam przysłały swoje CV, to jest ich kilkaset, gdyby ten ogół liczyć w inny sposób, to byłoby ich mniej lub więcej, w zależności od kryteriów pomiaru.

 

 

 Dziękuję za rozmowę.

 

 

Dziękuję.

 

 

Program „Wracaj do Polski" został stworzony w momencie, kiedy kraj naprawdę go potrzebuje i jeżeli okaże się skuteczny, może poważnie poprawić sytuację na naszym rynku pracy. Obecnie, olbrzymie sumy dotacji z Unii Europejskiej w dużej mierze przyczyniają się do dynamicznego wzrostu gospodarczego. Wraz z umocnieniem się złotego i spadkiem wartości dolara i funta, praca za granicą przestaje być opłacalna. Miejmy nadzieję, że nasi rodacy szybko to zrozumieją i część z nich wróci do kraju. Skorzystają na tym obie strony – reemigranci z tego powodu, że przy dobrze płatnej pracy znów będą mogli mieszkać z bliskimi, których do tej pory widywali tylko w święta, a Polska dlatego, że tylko z dobrze wykwalifikowaną kadrą możliwy jest dalszy wzrost gospodarczy. A któż jest lepiej wykształcony i bardziej pracowity, jak nie nasi rodacy? Jak mówi przysłowie – Polak potrafi.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , ,

kwi 08 02

 

Powyższe słowa przedwojennego poety, Karola Irzykowskiego, doskonale odwzorowują obecną scenę polityczną. Nie dzieje się nic. Świat polityki zamarł w bezruchu tuż po wyborach w 2007 roku. Ostatnie komentarze na blogach znanych polityków pochodzą jeszcze z października i opisują przyczyny takiego, a nie innego losu rzeczy. Spektakularne afery z czasów rządów SLD i PiS nie mają już dziś miejsca, pozostały jedynie drobne zgrzyty na linii prezydent-premier. Platforma postawiła wszystko na wyciszenie wiru awantur, który powstał w ciągu ostatnich kilku lat. I chcąc, nie chcąc, opozycja jej w tym pomaga, bo ona także straciła swe bojowe nastawienie.

 

„Jak najgorzej czynić, byle pięknie mówić – taki krój zepsowanej teraz polityki"

            Zamrożona sytuacja sprzed wyborów tylko wspomaga Platformę, bo jej wyborcy, z powodu braku rozczarowania zwycięzcą, wciąż go popierają. W dodatku, moment ten stopniowo marginalizuje przegranych. Ciężko tu mówić o LPR i Samoobronie, gdyż oni nie mają możliwości zaistnieć na scenie politycznej w ciągu najbliższych kilu lat.

            Warto jednak wspomnieć o Lewicy i Demokratach, których losy właśnie się ważą. Skostniali w swych strukturach, sparaliżowani panicznym strachem, nie mają pojęcia co począć. Szybkie, sztuczne i nerwowe ruchy niczym drgawki, takie jak nieoczekiwane otwarcie się na Zielonych (za czym idzie nagła troska o środowisko naturalne), czy też „aksamitny rozwód" z kozłem ofiarnym lewicy, Demokratami.pl, jedynie pogarszają sytuację.

           – Jeśli LiD chce wygrywać wybory, musi otworzyć drzwi i okna, i wpuścić trochę świeżego powietrza i świeżej krwi, aby jak najwięcej nowych środowisk pozyskać – stwierdził sekretarz generalny SLD, Grzegorz Napieralski. Ale na tym się skończyło. Struktury, od dawna zastałe, nie mają najmniejszej ochoty zmieniać swych starych, zasłużonych działaczy na nowych, młodych. Tym bardziej teraz, kiedy ich koalicja jest w opałach i być może obecna kadencja jest jej ostatnią.

 

„W polityce liczy się to, co liczy się dla wyborców"

 

            Prawo i Sprawiedliwość, które również umarło, lecz tym razem ideologicznie, pogrąża się z dnia na dzień. Starając się skontrastować z poglądami Platformy, PiS coraz bardziej „wędruje" w prawą stronę, radykalizując swoje poglądy. Każdy atak na PO raz za razem okazuje się porażką. Dlatego też elektorat prawicy chudnie w oczach.

            Jacek Kurski dostrzegł klęskę swojej partii – Na porażkę PiS-u w tych wyborach złożyło się kilka przyczyn. Między innymi zmasowany atak szerokiego frontu. (…) Są również przyczyny wewnętrzne, które zdecydowały o przegranej, ale umówiliśmy się w partii, że dla dobra PiS-u, nie będziemy wypowiadać się publicznie w tej sprawie – wyznaje poseł.

            Partia Kaczyńskich najzwyczajniej straciła pomysł na własne miejsce w polityce. Żona prezydenta, Maria, wielokrotnie opowiadała się za bardziej liberalnym stosunkiem do zapłodnienia in vitro oraz aborcji. Spowodowało to odcięcie się od Radia Maryja i środowisk jej pokrewnych. Obecnie PiS jest zawieszone w niebycie między Platformą a mediami ojca Rydzyka i z sekundy na sekundę traci kolejnych swych zwolenników.

 

Prowadzenie spraw publicznych dla prywatnych korzyści"

            PSL – partia, która tak jak LiD osiągnęła swoisty sukces w porażce. Sztucznie wypromowana przez Platformę, osiągnęła całkiem zadowalający wynik. Dodatkowo, wielkie obietnice przed wyborami mogą obrócić się w małe efekty rządzenia, jak za każdym kolejnym razem zajmowania przez tą partię ważnych stanowisk w rządzie.

           Dodatkowo, i tak cichą już PO, Stronnictwo Ludowe uzupełnia o całkowitą bezideowość. Jako partia obrotowa, chętna jest do współrządzenia z każdym i wszędzie. Była już w koalicji z SLD, chciała być z PiS, a współrządzi z PO. Nie ważny jest towarzysz. Najważniejsze są zajmowane stanowiska. I to nazywa się polityka…

           

„Politycy mają skłonność do myślenia o następnych wyborach, a nie o następnym pokoleniu"

 

           Na deser – partia najbardziej kochana przez wyborców. Czy zrobiła i ile, ocenimy w przyszłości. Natomiast jedno trzeba przyznać – w swoim spokoju Platforma jest oryginalna, tworzy swego rodzaju charakter, który przypadł do gustu lwiej części Polaków. Z jednoznaczną oceną należy poczekać jednak na kres ich rządów. Wtedy to społeczeństwo wyliczy partię z ilości kilometrów zbudowanych autostrad, jakości przygotowań na Euro 2012, Traktatu Lizbońskiego, stanu gospodarki i grubości naszych portfeli.

           Na razie jednak może się wydawać, że politycy Platformy uważają bardziej na opinię publiczną, niż na pracę, którą mają do wykonania. Najwięcej uwagi skupiają na dobrych stosunkach z mediami, mało zaś myślą o wprowadzaniu ważnych dla kraju reform. Stąd też brak konkretnych działań w związku z dywersyfikacją dostaw ropy naftowej i gazu ziemnego, czy ochroną środowiska naturalnego. Ale jak rzekł Harold Nicholson – prawdziwa władza stara się o to, by nie wpadać w oczy. I miał rację.

           Szanowni panowie politycy – karty są już dość potasowane a licytacja dawno dobiegła końca. Czas rozpocząć tę grę, by pokazać wyborcom jak wiele można ugrać w tym rozdaniu.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , ,

lut 08 05

<W ARTYKULE WYPOWIEDZI EKSPERTA Z DZIEDZINY PRZECIWDZIAŁANIA BEZROBOCIU I ZARZĄDZANIA ZASOBAMI LUDZKIMI, PROF. ZDZISŁAWY JANOWSKIEJ>

 

 

Do niedawna ziemią obiecaną dla Polaków była Wielka Brytania, teraz raj u nas widzą cudzoziemcy zza wschodniej granicy.

 

  

     Dotychczas Rzeczpospolita Polska była postrzegana głównie jako kraj emigracyjny. Młodzi masowo wyjeżdżali do Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Irlandii, Hiszpanii i Niemiec. Państwa te są nadal drugim domem dla lwiej części młodych Polaków. Stały się ich pracowitymi wakacjami, bądź rzemiosłem na rok, góra dwa lata. Pomimo masowego wyjazdu, w kraju nadal odnotowuje się znaczne bezrobocie i jednocześnie wiele wolnych miejsc pracy. Dzieje się tak, ponieważ nasi rodacy nie chcą być obsadzani na mało płatnych stanowiskach, wybierają pracę „na czarno”, lub pobierają w zamian zasiłek dla bezrobotnych.

     Tymczasem imigracja utrzymywała się przez wiele lat na stałym, bardzo niskim poziomie. Gdy jednak wolnych miejsc pracy zaczęło przybywać, mniej zamożny Wschód postanowił wykorzystać tą szansę i spróbować szczęścia właśnie w Polsce. Na legalne zatrudnienie oczekują rzesze Ukraińców i Wietnamczyków. W ten sposób mało atrakcyjne dla Polaków wakaty stały się celem pożądania wielu przybyszy. I tu pojawia się dylemat – pozwolić im pracować, czy też nie?

     Coraz więcej krajowych firm naciska na władze, by te umożliwiły cudzoziemcom pracę w naszym państwie. Mieliby oni zastąpić braki po tych Polakach, którzy wyjechali na Zachód za chlebem. W wyniku coraz większego ubytku pracowników na rynku, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej prawdopodobnie ugnie się pod żądaniami pracodawców i zliberalizuje przepisy zezwalające cudzoziemcom na pracę w Polsce. Jest to jednak trudny orzech do zgryzienia, nawet dla znawców tematyki, bowiem argumenty za i przeciw przyjęciu obcokrajowców pod nasz dach są po obu stronach silne i przekonujące.

     O wypowiedzenie się na temat imigracji została poproszona pani poseł, prof. Zdzisława Janowska. Jest ona znanym badaczem i ekspertem oraz doradcą polityki gospodarczej z dziedziny restrukturyzacji, przeciwdziałania bezrobociu i zarządzania zasobami ludzkimi. Poruszając dość skomplikowaną kwestię ciemnych i jasnych stron imigracji, pani profesor stwierdziła, iż:

   

W obecnej sytuacji zmniejszającego się bezrobocia  i emigracji wysoko kwalifikowanych kadr za granicę, imigracja cudzoziemców staje się konieczna. Dotyczy to zarówno pracowników o zawodowych kwalifikacjach takich jak pracownika budowlanego, szwaczki, czy kadr wysoko kwalifikowanych takich jak lekarze. Brak rąk do pracy może zniweczyć wzrost rozwoju gospodarczego kraju. Mówi się o braku kilkuset tysięcy rąk do pracy (ok. 300 tys.).

 

  

     Z pewnością atutem „obcych” są ich małe wymagania – z chęcią podejmą się takich zawodów, które nie są popularne wśród Polaków ze względu na ich znikomą atrakcyjność. Wypełniliby w ten sposób nisze na rynku pracy, polepszając byt polskich przedsiębiorstw, mogących pracować wówczas pełną parą. Obecne braki kadry w firmach spowalniają je, zmniejszając atrakcyjność ich usług i powodując opóźnienia w wykonywaniu zamówionych zleceń. Pozbycie się problemu braku rąk do pracy „pozwoliłoby utrzymać tempo rozwoju gospodarczego Polski”. Nie martwilibyśmy się już o terminy, które są nam narzucane w związku z organizacją Euro 2012. Również rolnictwo w kraju, zyskując tanią siłę roboczą, stałoby się bardziej konkurencyjne na rynkach europejskich.

     Mówiąc o zaletach, pani prof. Zdzisława Janowska zauważyła, że najwięcej zyskają takie gałęzie gospodarki jak „instytucje budowlane, zakłady przemysłu lekkiego i niedługo placówki ochrony zdrowia. W każdym z tych przypadków kolosalną rolę mogliby odegrać właśnie pracownicy ze Wschodu”. Ale nie odegrają jej, dopóki nie zostaną spełnione dwa warunki. Pierwszy z nich, należący do samego społeczeństwa mówi, iż „pracownicy – cudzoziemcy muszą być godnie traktowani w polskim miejscu pracy”. Drugi, leżący w zadaniach władz, zdaniem pani poseł, to nieodpowiednie przepisy prawne dotyczące imigracji:

 

  

Muszą zostać one zliberalizowane, bowiem trudności z otrzymaniem wiz (np. dla pracowników z krajów Wschodu – Wietnam) są zbyt rygorystyczne. Istnieje niechęć polskich władz konsularnych (np. w Hanoi) do wydawania wiz dla obywateli Wietnamu. Moje bezpośrednie doświadczenia w tej kwestii dowodzą, że władze polskie świadomie zaostrzają przepisy uznając, że np. obywatele Wietnamu traktują Polskę jako miejsce do nielegalnego handlu, a nie miejsce do zdobywania wykształcenia czy podjęcia legalnej pracy.

 

  

     Każdy kij ma jednak dwa końce – liberalizacja przepisów przeprowadzona zbyt pochopnie i nieprecyzyjnie może nieść ze sobą poważne, negatywne skutki. Imigranci, zamiast podejmować mało opłacalną pracę w rolnictwie, mogą wybrać wspomniany już, mniej uciążliwy i bardziej dochodowy handel. Sprzedając tańsze i gorszej jakości towary produkowane w krajach azjatyckich, stanowiliby poważną konkurencję dla naszych małych i średnich firm. Dodatkowo spowodowaliby utrzymanie niskiego poziomu płac, co w połączeniu z ciągłym wzrostem kosztów utrzymania doprowadziłoby do wyjazdu na Zachód kolejnej rzeszy Polaków.

     Obecnie rządzący podejmują drobne kroki, by umożliwić cudzoziemcom pracę w naszym kraju i jednocześnie zrealizować plany budowy autostrad i stadionów na zbliżające się Euro 2012. Wprowadzone od 1 lutego prawo zezwalające na legalne zatrudnianie naszych wschodnich sąsiadów na 6 miesięcy to jednak za mało. Małgorzata Krzysztoszek z PKPP Lewiatan nie jest w pełni usatysfakcjonowana nowym przepisem. Twiedzi, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolenie obcokrajowcom na pracę na czas realizacji danego projektu. Zdzisława Janowska również nie sądzi, aby nowe prawo wiele zmieniło:

 

  

Ciągłe i nieustanne trudności przy otrzymywaniu wiz powodują, że poważne rozmowy prowadzone między przedsiębiorcami polskimi a wietnamskimi w celu podpisania kilkuletniego kontraktu często kończą się fiaskiem. A na pracy cudzoziemców wiele gałęzi gospodarki może tylko zyskać.

 

  

     Im Polska będzie bardziej zamożna, tym więcej cudzoziemców będzie do niej lgnąć. Legalnie, czy też nie (przedzierając się przez tak zwaną zieloną granicę), obcokrajowców będziemy napotykać na ulicach coraz częściej. Możemy zadać pytanie – jaką rolę przyjmą „nowi”? Komplementarną, wypełniając wakaty i przyspieszając rozwój rodzimej gospodarki, czy też substytucyjną, wypierając naszych pracowników z ich pierwotnych miejsc pracy? Jakiej roli by nie przyjęli, faktem jest, że szybki wzrost gospodarki wymaga większej liczby fachowców, których obecnie brakuje. Czy będzie to więc lek dla polskich planów na przyszłość, czy niekontrolowany zalew taniej siły roboczej, dowiemy się w ciągu najbliższych kilku lat.

     Masowa emigracja, jak i imigracja są zjawiskami nieuniknionymi do czasu wyrównania płac w krajach europejskich. Ale jak długo będzie trwać ich wyrównywanie, tak długo będziemy szukać swojej ziemi obiecanej, uczciwych zarobków oraz godnego i spokojnego życia. W ostatnich wyborach parlamentarnych Polacy w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Stanach Zjednoczonych i innych krajach masowo głosowali, stojąc w gigantycznych, trzygodzinnych kolejkach. Było to nie tylko przejawem patriotyzmu, ale i wołaniem do nowo wybranej władzy: przywróćcie normalność jak najszybciej, my chcemy do domu.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

gru 07 30

W ówczesnej Polsce przyszłość jakiejkolwiek partii wydaje się bardzo niepewna. W wielu przypadkach siły polityczne okazują się sezonowe, zyskują zaufanie społeczeństwa podczas rządów przeciwników, swój sukces osiągają w kolejnych wyborach i po latach nieudolnych rządów schodzą w cień sceny politycznej[1]. Powyższy schemat powtarza się w Polsce niezwykle często. Rzadziej mamy do czynienia z partiami, które mają stały, żelazny elektorat, mogący zapewnić im reprezentantów w parlamencie przez wiele lat. Wolność wyboru powoduje znaczne wahania elektoratu, skłaniającemu się ku coraz nowym partiom, obiecującym więcej i więcej[2]. Lewica o zszarganej opinii postkomunistycznej przez wszystkie lata III RP starała się odzyskać zaufanie wyborców. Czy uda jej się osiągnąć ten cel? Czy też zaniknie, tracąc ostatnich swoich zwolenników?

Dość ciężko określić słowo ?lewica? i przyporządkować je konkretnej partii na polskiej scenie politycznej. Specyficzną cechą krajowych sił politycznych jest ich program, wielokrotnie łączący elementy prawicowe i lewicowe, co powoduje niezwykle poważny problem z umiejscowieniem ich po którejkolwiek ze stron[4]. Co więcej, niemożliwym okazuje się zaklasyfikowanie danych programów pod: prawicę, lewicę czy centrum bez posłużenia się dużym uproszczeniem. Właśnie takie uproszczenie było tu niezbędne, dlatego wielu może się nie zgodzić z przyjętymi kryteriami podziału programów. Nie jest ono jednak na tyle istotne, by miało znaczący wpływ na wnioski dotyczące dalszych dziejów lewicy.

1989

W 1989 roku mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem wyborów kontraktowych. Przypadały one na kres istnienia Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i narodziny III Rzeczpospolitej Polskiej. W rzeczywistości nie było to jednak przejście natychmiastowe i trwało kolejne dwa lata. Komunistyczny rząd zrobił wszystko, by opozycja miała jak najmniej czasu na przygotowanie się do wyborów, tak więc niedługo po ustaleniach ?okrągłego stołu? zaplanowano głosowanie. Wybory nie były zupełnie wolne, bowiem PZPR i partie jej podporządkowane miały zagwarantowane 65% miejsc w Sejmie. Wybory do Senatu były natomiast wolne. Głosowanie to ukazało olbrzymie zniechęcenie do reżimu i szerokie społeczne poparcie dla ?Solidarności?. W Senacie 99 miejsc na 100 zdobyła właśnie opozycja[6]. Mandaty w Sejmie były rozłożone w następujący sposób:

Wybory do Sejmu 1989 roku[7]:
Lewica komunistyczna: 65%

Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – 38% (173 mandaty)

Zjednoczone Stronnictwo Ludowe – 17% (76 mandatów)

Stronnictwo Demokratyczne – 6% (27 mandatów)

PAX – 2% (10 mandatów)

Unia Chrześcijańsko-Społeczna – 2% (8 mandatów)

Polski Związek Katolicko-Społeczny – 1% (5 mandatów)

Centrum: 0%

brak

Prawica: 35%

Obywatelski Klub Parlamentarny[8] – 35% (161 mandatów)

Rząd Tadeusza Mazowieckiego był rządem szerokiej koalicji, w której kluczowe ministerstwa zachowali komuniści. Z biegiem czasu obóz rządzący zaczął się dzielić i wykruszać. Również obóz ?solidarnościowy? w wyniku wewnętrznych podziałów osłabł. Powstało wiele nowych ugrupowań, które rozdrobniły scenę polityczną. Dotychczasowa polaryzacja zaczęła zanikać przez szereg waśni i sporów, które wyłoniły szereg pomniejszych partii i jednocześnie sparaliżowały wszelkie instytucje władzy w Polsce. Dobrym przykładem jest tu spór premiera Bieleckiego z Jarosławem Kaczyńskim, ówczesnym szefem Kancelarii Prezydenta[9]. Po dwóch latach wspólnych rządów sytuacja w Sejmie wyglądała następująco:

Podział sił politycznych w Sejmie w 1991 roku[10]:

Lewica: 59%

Lewica Demokratyczna – 22% (102 mandaty)

Zjednoczone Stronnictwo Ludowe – 14% (65 mandatów)

Stronnictwo Demokratyczne – 5% (21 mandatów)

PAX – 2% (10 mandatów)

Unia Chrześcijańsko-Społeczna – 2% (8 mandatów)

Polski Związek Katolicko-Społeczny – 1% (4 mandatów)

Poselski Klub Pracy – 9% (39 mandatów)

Klub Niezależnych Posłów (b. PZPR) – 2% (7 mandatów)

Klub Posłów Wojskowych (b. PZPR) – 2% (7 mandatów)

Solidarność Pracy – 1% (5 mandatów)

Centrum: 12%

Unia Demokratyczna – 11% (49 mandatów)

Polskie Stronnictwo Ludowe – 1% (4 mandaty)

Parlamentarny Klub Ekologiczny – 1% (3 mandaty)

Prawica: 25%

Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie ?Ojcowizna? – 2% (8 mandatów)

Obywatelski Klub Parlamentarny – 23% (105 mandatów)

Posłowie niezrzeszeni: 4%

(20 mandatów)

Jak widać, osłabła zarówno lewica, jak i prawica, co było spowodowane wyłonieniem się centrum i części niezrzeszonej. W wyniku sporów i kłótni, rozpisanie nowych wyborów było nieuniknione.

1991

Wybory w 1991 roku były pierwszymi w pełni wolnymi wyborami do parlamentu w historii III RP. Postkomunistyczna lewica poniosła w nich sromotną klęskę, schodząc na margines sceny politycznej. Również prawica straciła część poparcia, uzyskując niewiele wyższy wynik od lewicy. Społeczeństwo zaufało partiom centrowym, oddając znaczną część władzy w ich ręce. Brak progu wyborczego spowodował jednak znaczne rozdrobnienie partii politycznych w parlamencie, co utrudniło osiągnięcie wspólnego stanowiska, wywoływało wiele sporów i w efekcie stworzyło nieudolne rządy.

Podział sił politycznych w Sejmie w 1991 roku[11]:

Lewica: 14%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 13% (60 mandatów)

Solidarność Pracy – 1% (4 mandaty)

Centrum: 61%

Unia Demokratyczna – 14% (62 mandatów)

Polskie Stronnictwo Ludowe – Sojusz Programowy – 10% (48 mandatów)

Konfederacja Polski Niepodległej – 10% (46 mandatów)

Porozumienie Obywatelskie Centrum – 10% (44 mandaty)

Kongres Liberalno – Demokratyczny – 8% (37 mandatów)

Porozumienie Ludowe – 6% (28 mandatów)

Polska Partia Przyjaciół Piwa – 4% (16 mandatów)

Prawica: 18%

Wyborcza Akcja Katolicka – 11% (49 mandatów)

NSZZ ?Solidarność? – 6% (27 mandatów)

Chrześcijańska Demokracja – 1% (5 mandatów)

Unia Polityki Realnej – 1% (3 mandaty)

Posłowie 17 pomniejszych ugrupowań: 7%

(31 mandatów)

Silne rozdrobnienie partii (było ich aż 29) spowodowało trudności ze sformowaniem rządu. Ostatecznie udało się to Janowi Olszewskiemu, stojącemu na czele koalicji partii prawicowych. Rząd ten szybko upadł po głośnej aferze teczkowej[12]. Kolejny rząd (Hanny Suchockiej), propagujący nadmierną klerykalizację życia politycznego, szybko stracił władzę i w rzeczywistości spowodował kolejne przyspieszone wybory. W ten sposób, w wyniku wewnętrznych sporów, solidarnościowi politycy obalili solidarnościowy rząd. Po dwóch nieudanych ?próbach? wyborcy stracili zaufanie do prawicy, co znalazło odzwierciedlenie w wyborach 1993 roku[13].

1993

Wprowadzony próg wyborczy ograniczył ilość partii w parlamencie. Dobrym przykładem jest tu dziewięć ugrupowań prawicowych, które zdobyły łącznie 33,45% głosów, ale nie znalazły się w parlamencie, gdyż żadne z nich nie osiągnęło wymaganego progu 5% poparcia. W wyniku tego prawica zniknęła z ław sejmowych, ustępując miejsca postkomunistycznym SLD i PSL. Te dwie partie utworzyły koalicję[14].

Podział sił politycznych w Sejmie w 1993 roku[15]:

Lewica: 46%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 37% (171 mandatów)

Unia Pracy – 8% (41 mandatów)

Centrum: 50%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 29% (132 mandaty)

Unia Demokratyczna – 16% (74 mandaty)

Konfederacja Polski Niepodległej – 5% (22 mandaty)

Prawica: 0%

brak

Brak klasyfikacji: 4%

Bezpartyjny Blok Wspierania Reform – 3% (16 mandatów)

Mniejszość Niemiecka – 1% (3 mandaty)

TS-K Niemców Województwa Katowickiego – 0,2% (1 mandat)

W dwa lata później wybory prezydenckie wygrał Aleksander Kwaśniewski, pełniący funkcje przewodniczącego SLD. W 1996 roku pokonana prawica wyciągnęła wnioski ze swojej klęski i postanowiła zjednać siły, tworząc wspólne ugrupowanie – Akcję Wyborczą ?Solidarność?, w skład której weszło kilkadziesiąt ugrupowań. Tuż przed wyborami, w wyniku powodzi w lipcu 1997 roku i nieopatrznych słów premiera Cimoszewicza[16], SLD straciło na popularności[17].

1997

W wyborach 1997 roku zwyciężyła prawicowa AWS, która utworzyła koalicję z UW.

Podział sił politycznych w Sejmie w 1997 roku[18]:

Lewica: 36%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 36% (164 mandaty)

Centrum: 20%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 6% (27 mandatów)

Unia Wolności – 13% (60 mandatów)

Ruch Odbudowy Polski – 1% (6 mandatów)

Prawica: 44%

Akcja Wyborcza ?Solidarność? – 44% (201 mandatów)

Chaotyczne wprowadzanie reform zwiększających biurokrację i powszechna krytyka polityki gospodarczej Leszka Balcerowicza doprowadziły do zmniejszenia popularności partii rządzących. W dodatku w wyniku wewnętrznych sporów, koalicja rozpadła się. Duże problemy prawicy wykorzystała lewica, przekształcając SLD w jednolitą partię. Dodatkowo w 2000 roku przeprowadzone były kolejne wybory prezydenckie, które znów wygrał Aleksander Kwaśniewski. Wybory te pokazały, że popularność lewicy z każdą chwilą wzrasta. W między czasie nastąpiła dekompozycja AWS i UW, powstały natomiast nowe partie – Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość oraz Liga Polskich Rodzin[19].

2001

W tych wyborach niekwestionowany sukces odniosła koalicja SLD-UP.

Podział sił politycznych w Sejmie w 2001 roku[20]:

Lewica: 59%

Sojusz Lewicy Demokratycznej-Unia Pracy – 47% (216 mandatów)

Samoobrona RP – 12% (53 mandaty)

Centrum: 23%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 9% (42 mandaty)

Platforma Obywatelska RP – 14% (65 mandatów)

Prawica: 18%

Prawo i Sprawiedliwość – 10% (44 mandaty)

Liga Polskich Rodzin – 8% (38 mandatów)

Wiele afer (m.in. słynna Afera Rywina) i niejasności w sferze negocjacji ustaleń kopenhaskich w sprawie akcesji Polski do Unii Europejskiej przyczyniło się do spadku popularności partii rządzących i zwiększenia się liczby eurosceptyków i ksenofobów wśród społeczeństwa. Wzrosły też notowania partii uznawanych dotąd za radykalne – LPR i Samoobrony[21]. W tym ostatnim przypadku mogło się do tego przyczynić także duże niezadowolenie ludności na wsi. Dramatyczny spadek poparcia SLD i UP groził brakiem reprezentacji tych partii w przyszłym Sejmie RP. Nie było też miejsca na nowo powstałe partie – Socjaldemokrację Polską i Demokratów.pl, które w kolejnych sondażach nie osiągały progu wyborczego[22].

2005

2005 rok przyniósł ze sobą rywalizację między dwoma najbardziej popieranymi stronnictwami – Platformą Obywatelską oraz Prawem i Sprawiedliwością. Do niemalże samego końca wyborcy byli przekonani o przyszłych wspólnych rządach PO-PiS, dlatego wiele osób wahało się w wyborze między nimi. Dotychczas spokojną kampanię przerwał w ostatnim tygodniu przed wyborami szereg spotów PiS wymierzonych przeciwko swojemu dotychczasowemu koalicjantowi – PO. Spoty miały na celu przedstawić polityków Platformy jako liberałów wspierających wyłącznie najbogatszych[23]. Agresywna polityka partii Kaczyńskich była dużym zaskoczeniem dla ich niedawnych sprzymierzeńców i przechyliła szalę zwycięstwa na stronę Prawa i Sprawiedliwości[24]. SLD przestało się liczyć na scenie politycznej, ale ich wynik był jednak wygraną w przegranej – ich dawny sojusznik, UP, nie miał już tyle szczęścia i nie przekroczył progu wyborczego.

Podział sił politycznych w Sejmie w 2005 roku[25]:

Lewica: 24%

Sojusz Lewicy Demokratycznej – 12% (55 mandatów)

Samoobrona RP – 12% (56 mandatów)

Centrum: 34%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 5% (25 mandatów)

Platforma Obywatelska RP – 29% (133 mandaty)

Prawica: 41%

Prawo i Sprawiedliwość – 34% (155 mandatów)

Liga Polskich Rodzin – 7% (34 mandaty)

Brak klasyfikacji: 1%

Mniejszość Niemiecka – 1% (2 mandaty)

Agresywna kampania PiS-u pogrzebała na długo możliwość zawiązania koalicji z Platformą. Jako największa partia w nowym parlamencie, PiS musiało szukać nowych koalicjantów. Stały się nimi dwie partie: populistyczna Samoobrona i katolicko-nacjonalistyczny LPR. W wirze awantur i afer, koalicja wytrzymała ledwie dwa lata. Dodatkowo, przez poparcie ze strony wpływowego zakonnika, Tadeusza Rydzyka, koalicjanci ?zyskali? nieprzychylność reszty mediów, atakujących radykalne posunięcia partii rządzących.

2007

Po dwóch latach rządów prawicy z populistami, przyszedł czas na kolejne wybory. Lewica, dotychczas rozproszona, postanowiła skonsolidować swoje siły i złączyła się w Lewicę i Demokratów[26]. Pamiętający jednak o niedawnym ?Rywinlandzie? i ?Rzydzyklandzie? wyborcy, nie zagłosowali ani na lewicę, ani na prawicę[27]. Duża część głosowała najzwyczajniej przeciwko obu tym siłom, stawiając na centroprawicową Platformę i jej koalicjanta – PSL. Dodatkowymi przyczynami niepowodzenia LiD była silna polaryzacja sił między PO a PiS oraz niedyspozycja ?twarzy? lewicy (Aleksandra Kwaśniewskiego)podczas publicznych wystąpień. Do parlamentu nie weszły skrajne ugrupowania LPR i Samoobrony, co do których ludność straciła zaufanie[28].

Podział sił politycznych w Sejmie w 2007 roku[29]:

Lewica: 12%

Lewica i Demokraci – 12% (53 mandaty)

Centrum: 52%

Polskie Stronnictwo Ludowe – 7% (31 mandatów)

Platforma Obywatelska RP – 45% (209 mandatów)

Prawica: 36%

Prawo i Sprawiedliwość – 36% (166 mandatów)

Brak klasyfikacji:

Mniejszość Niemiecka – 0,2% (1 mandat)

Będąca w stanie rządzić koalicja PO-PSL postawiła na minimalizowanie ilości afer i maksymalizowanie efektów swojej pracy, które społeczeństwo mogłoby dostrzec. Platforma zadbała o to, aby wyborcy, zmęczeni dziesiątkami afer za rządów PiS-LPR-Samoobrona, nie zawiedli się na nowych partiach rządzących. Prasa słusznie zauważyła, że obecni koalicjanci dokładają wszelkich starań, aby było? nudno. Obywatele będą wtedy w stanie docenić pracę rządu i wprowadzone reformy. Co więcej, lider PO, Donald Tusk, prawdopodobnie szykuje się do wyborów prezydenckich w 2010 roku[30]. Dlatego też stara się, aby nie zmniejszyć popularności jego partii, sięgającej obecnie według najnowszego sondażu TNS OBOP aż 59%. Kolejną popieraną partią jest PiS, na który głosowałoby 19% ankietowanych, następnie LiD z 9-procentowym poparciem oraz PSL – 7%. Reszta partii nie weszłaby do parlamentu[31].

Jak nie trudno zauważyć, przeważnie po rządach lewicy następuje czas na prawię i vice versa. W 1989 roku powstały rządy na wpół demokratyczne. Popierana przez społeczeństwo prawica podzieliła się jednak przez te dwa lata na tyle znacznie, że społeczeństwo, zniechęcone do niedawnych komunistów i kłótliwej prawicy, poparło centrum. Powstały wtedy dwa awanturnicze rządy koalicji centroprawicowych, przyczyniających się znacznie do dużego rozczarowania wyborców, którzy w 1993 roku poparli lewicę (SLD-PSL-UP). Po 4 latach znów nastąpił zwrot sympatii ku prawicy (AWS-UW), która po swojej skończonej kadencji w 2001 roku oddała władzę w ręce SLD-UP. W ten sposób, po 4 latach skompromitowana lewica przekazała pałeczkę prawicowej koalicji PiS-LPR-Sammoobrona[32]. Ponieważ rządy te trwały jedynie dwa lata (jak w przypadku lat 1989-91), przyszedł czas na centroprawicę – Platformę Obywatelską. Analogicznie, ciąg przyczynowo-skutkowy powinien być taki sam, ale chyba nie do końca.

2011

Z wykresu przedstawiającego poparcie poszczególnych ideologii w kolejnych wyborach, łatwo zauważyć, że poparcie partii centrowych wciąż rośnie, zaś lewicowych i prawicowych spada. Kolejne wybory, które powinny się odbyć w 2011 roku, mogą przynieść trzy najbardziej prawdopodobne scenariusze:

Scenariusz I: Platforma Obywatelska i PSL nadal będą unikać afer, koncentrując się na pracy. Zależy na tym w szczególności Donaldowi Tuskowi, chcącemu wygrać wybory prezydenckie w 2010 roku. Koalicja PO-PSL utrzymają więc poparcie na wysokim poziomie, zyskując ?swojego? prezydenta i w sposób wyjątkowy (bo do tej pory taki przypadek jeszcze się nie zdarzył) wygrywając wybory parlamentarne po raz drugi z rzędu.

Scenariusz II: Polega na analogicznym przeniesieniu faktów z 1989-93 roku na czasy obecne. Zgodnie z nim Platforma skompromitowałaby się w ciągu czterech lat rządów, zniechęcając do siebie znaczną część wyborców. Prawica pozostałaby słaba (nawet na obecnym poziomie około 19% poparcia), zaś lewica skonsolidowałaby siły, wysuwając nowy program i nowe pomysły, które przyciągnęłyby dużą część elektoratu. Mógłaby być to LiD, lub też nowa siła polityczna.

Scenariusz III: Pozycja Lewicy i Demokratów się nie zmieni a poparcie Platformy spadnie. PO nie będzie już dłużej w stanie rządzić ze swym mniejszym koalicjantem – PSL i będzie zmuszone do rozmów z Prawem i Sprawiedliwością. Powstanie od dawna zapowiadana koalicja PO-PiS.

Każda nowo powstała partia nie będzie raczej w stanie wpłynąć na którykolwiek ze scenariuszy. Może ewentualnie zastąpić którąś z wymienionych powyżej partii, ale nie powinna zmienić sympatii społeczeństwa do danej ideologii.

2015

Zgodnie z trzema scenariuszami z wyborów roku 2011, kolejne ?rozdanie? powinno wyglądać następująco:

Scenariusz I: Po ośmiu latach rządów Platformy Obywatelskiej, zniechęceni do niej wyborcy postawią tym razem na lewicę. PO przegra tym bardziej, że straci również ?swojego? prezydenta. Lewica zaś wygra podwójnie, rządząc z popierającą ją głową państwa, jak to robiła w latach 2001-2005.

Scenariusz II: Lewica u władzy zbrzydłaby społeczeństwu, wybierającemu na jej miejsce partie prawicowe. To one miałyby kraj u steru przez kolejne cztery lata. Po nich prawdopodobnie znów przejęłaby władzę lewica.

Scenariusz III: Koalicja PO-PiS skompromituje się w oczach elektoratu, oddając przy kolejnych wyborach władzę w ręce lewicy. I tu również prezydent należałby do środowiska lewicowego, wspierając działania rządzących.

Według wielu politologów partie lewicowe zanikają. Mówi się o ?kulejącej lewej nodze?, podaje za przykład niezbyt dobrą sytuację partii socjaldemokratycznych w Niemczech, we Francji, w USA[33]. Często też zwraca się uwagę na przejęcie ideologii lewicowej przez prawicowe partie. Te ostatnie przywłaszczyły model państwa opiekuńczego, wypierając swoich dawnych konkurentów i odbierając im elektorat. Stały się hybrydami, ale wciąż nazywają siebie prawicą[34].

Lewica, owszem, mogła na tym ucierpieć, bowiem ciężko jest, gdy chadecy i konserwatyści są bardziej socjaldemokratyczni niż sami socjaldemokraci[35]. Nie powinna jednak zaniknąć, jak wróżą jej politolodzy. Prawdopodobnie jest to zwykła tendencja w Europie, która od zawsze się zmieniała i od zawsze wpływała na większość krajów na raz. Dobrym przykładem byłyby tu nastroje anty-demokratyczne tuż przed II Wojną Światową, lub ?moda? w Europie Zachodniej lat 90-tych na lewicę.

Jest możliwe, że Lewica i Demokraci tego nie przetrwają, nie wytrzymają wielu lat dezaprobaty społecznej. Jest nawet prawdopodobny całkowity zanik i upadek LiD-u. Ale mówimy tutaj wyłącznie o LiD, a nie o lewicy, bowiem zawsze na miejsce jednej siły politycznej powstanie kolejna[36]. Tym bardziej, aby temu zapobiec, cztery partie składowe na czele z SLD powinny zaprosić do koalicji pomniejsze partie lewicowe. Łącząc siły można uzyskać bardzo wiele, co udowodniło nam AWS. Ponadto, LiD powinno wybrać nową ?twarz? partii i nowego lidera SLD. Ta pierwsza była niezbyt celnym trafem, drugi zaś nie posiada charyzmy, którą każdy dobry przywódca posiada. Bez odpowiedniego dowództwa tej siły politycznej będzie bardzo ciężko odzyskać zaufanie wyborców. Jednak jakie kroki poczyni LiD? A jakie Platforma? Na te odpowiedzi będziemy musieli poczekać, teraz można wyłącznie snuć spekulacje.

Bibliografia:

Prasa:

?Dziś: przegląd społeczny? 2007.

?Forum klubowe? 2007.

?Newsweek? 2007.

?Polityka? 2007.

?Wprost? 2007.

Materiały internetowe:

http://fakty.interia.plhttp://jazdzewski.pl/feed/.

http://ludzie.wprost.pl/cr/1992/1/.

http://www.money.pl

http://www.olszewski.pl/historia.htm.

http://www.pis.org.pl/unit.php?o=rzad.

http://sld.org.pl/.

http://wiadomosci.onet.pl/1664762,11,item.html.

http://www.wiadomosci24.pl

http://pl.wikipedia.org/.

Centrum Badania Opinii Społecznej, http://www.zigzag.pl/cbos/.

Literatura:

Adam Wojtaszczyk, Wiedza o społeczeństwie, Warszawa 2004.

John Gray, Dwie twarze liberalizmu, Warszawa 2001.

John Stuart Mill, O wolności, Warszawa 1999.

Jerzy Robert Nowak, Co Polska dała światu, Warszawa 2007.

Lech Moryksiewicz, Maria Pacholska, Wiedza o społeczeństwie, Warszawa 2004.

Marceli Kosman, Kultura polityczna w Polsce: swoi i obcy, Poznań 2004.

Maria Pieniążek, Historia XIX-XX wiek, Warszawa 1999.

Robert Śniegocki, Historia: Burzliwy wiek XX, Warszawa 2005.

Tomasz Schramm, Historia powszechna: wiek XX, Poznań 2003.

Życie Świata, Dzieje Świata, Polska u progu XXI wieku, Poznań 2003.

——————————————————————————–

[1] Tomasz Schramm, Historia Powszechna: wiek XX, Poznań 2003, s. 208-219.
[2] John Stuart Mill, O wolności, Warszawa 1999, s. 17.
[3] Jerzy Robert Nowak, Co Polska dała światu, Warszawa 2007, s. 64-66.
[4] Robert Śniegocki, Historia: Burzliwy wiek XX, Warszawa 2005, s. 322.
[5] Więcej w: Marceli Kosman, Kultura polityczna w Polsce: swoi i obcy, Poznań 2004, s. 191-208.
[6] Maria Pieniążek, Historia XIX-XX wiek, Warszawa 1999, s. 285.
[7] http://pl.wikipedia.org/wiki/Sejm_X_kadencji_1989-1991, 01.12.2007.
[8] klub parlamentarny zrzeszający posłów i senatorów, wybranych z listy Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”. Związek uważany był przez wielu za ruch prawicowy, z pewnością jednak daleko mu było do podobnej ideologii. Początkowo wysuwane żądania w stronę władz miały na celu polepszyć byt społeczeństwa, nie zaś obalić system komunistyczny. ?Solidarność? wysuwała propozycje stworzenia ?komisarz-ue-eurosocjalizm-to-fantazja/”target=”_blank”title=”Eurosocjalizm, socjalizm” >socjalizmu z ludzką twarzą?, wierzyła, że państwo ?ludowe? można umiejętnie zreformować. Jeśli zaś mimo wszystko uznamy ją za ruch prawicowy, nie będziemy mogli już tego samego powiedzieć po roku 1989, kiedy to związek zawodowy zaczął bronić pracowników przed pracodawcami, a nie jak wcześniej – władzami PRL. W tabeli jednak zakładam, iż Obywatelski Klub Parlamentarny należy do prawicy, stojąc w opozycji do PZPR i partii od niej zależnych.
[9] Maria Pieniążek, op. cit., s. 288.
[10] http://pl.wikipedia.org, op. cit.
[11] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_1991_roku, 03.12.2007.
[12] http://www.olszewski.pl/historia.htm, 28.12.2007.
[13] http://ludzie.wprost.pl/cr/1992/1/, 28.12.2007.
[14] http://sld.org.pl/, 27.12.2007.
[15] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_1993_roku, 14.12.2007.
[16] W lipcu 1997 roku Włodzimierz Cimoszewicz komentując poważne skutki powodzi stwierdził, iż powodzianie są winni swojej sytuacji, gdyż ?trzeba było się ubezpieczyć?. Mimo przeprosin, SLD poniosło skutki tej wypowiedzi.
[17] Maria Pieniążek, op. cit., s. 289.
[18] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_1997_roku, 16.12.2007.
[19] Lech Moryksiewicz, Maria Pacholska, Wiedza o społeczeństwie, Warszawa 2004, s. 180-181.
[20] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2001_roku, 19.12.2007.
[21] Centrum Badania Opinii Społecznej, http://www.zigzag.pl/cbos/results.asp?srchtype=general&q1=wybory&q2=&q3=&q4=&qtype=all&mode=opt&q=a1&pgsz=30&pgno=1, K_030_03.pdf, 20.12.2007.
[22] Ibidem, K_086_05.pdf, 20.12.2007.
[23] John Gray, Dwie twarze liberalizmu, Warszawa 2001, s. 113-129.
[24] http://www.pis.org.pl/unit.php?o=rzad, 27.12.2007.

[25] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2005_roku, 22.12.2007.
[26] Więcej w: ?Forum klubowe?, luty-kwiecień 2007, s. 67-78.
[27] http://jazdzewski.pl/feed/, 28.12.2007.
[28] Centrum Badania Opinii Społecznej, op. cit., K_156_07.pdf, 23.12.2007.
[29] http://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_parlamentarne_w_Polsce_w_2007_roku, 23.12.2007.
[30] http://wiadomosci.onet.pl/1664762,11,item.html, 28.12.2007.

[31] http://wiadomosci.onet.pl/1662067,11,item.html, 25.12.2007.
[32] Ta ostatnia, choć populistyczna i rzekomo lewicowa, nie miała dużego wpływu na kierunek polityki koalicji. Uznaję ją więc za prawicową.
[33] ?Polityka?, 08.12.2007, s. 52-54.
[34] ?Polityka?, 08.09.2007, s. 24-26.
[35] ?Polityka?, 08.12.2007, op. cit.
[36] ?Forum klubowe?, maj-czerwiec 2007, s. 44-47.

Autor Paweł Rogaliński

paź 07 11

          Marzeniem chyba każdego polskiego warchlaka jest dorwanie się do koryta. Aż uszy się trzęsą ze szczęścia na samą myśl, że lada dzień nowe żarło pojawi się w opustoszałym, podłużnym naczyniu. Miliony głodnych szczeniaków zaś patrzą i zazdroszczą tym, dla których znalazło się choć trochę miejsca przy cudownym, ukochanym korytku. One nigdy się do niego nie dorwą, mogą jedynie… dać głos.

 

 

          Podobne zdania można usłyszeć od dużej części społeczeństwa, reagującej w sposób alergiczny na samą myśl o politykach. Ileż to razy dziennie słyszymy o korycie, prosiakach, kaczkach, psach, kartoflach, błocie i gnoju – słowach rodem wyjętych z wyimaginowanego gospodarstwa na prowincji. I choć przypadkiem jest, iż gmach naszego Sejmu znajduje się na ulicy Wiejskiej, to stwarza to dodatkowy, zaściankowy klimat tych opowieści.

          Większość Polaków jest zdania, że politycy odznaczają się wyjątkowym brakiem inteligencji i wiedzy. W połączeniu z ogromną pazernością i dużymi zarobkami, posłowie i senatorowie otrzymują mało chlubne miano „świń", ale nie brakuje też pospolitych warchlaków, wieprzów, macior, knurów i tuczników. Wszystkie one pragną zjeść jak najwięcej paszy z koryta. A żeby to zrobić, trzeba głośno kwiczeć. Zasada jest prosta – im więcej kwiczenia, tym więcej żarła.

          Ale czy tak jest naprawdę? Skąd ów najgorszy margines społeczeństwa wziąłby się w tak atrakcyjnym finansowo miejscu, jakim jest posada w parlamencie? I skąd wzięło się tak liczne poparcie dla prosiaków przez zwykłych „zjadaczy chleba"? Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – Ci znienawidzeni przez nas osobnicy – złodzieje, komuchy i kaczyści to najzwyklejsi MY. Sejm jest jedynie idealnie pomniejszoną kopią naszego społeczeństwa. Bo to ono składa się z tych czerwonych, zielonych, czarnych i białych. Przykre, ale prawdziwe. Publicysta, Andrzej Majewski powiedział kiedyś: „daj człowiekowi koryto, a momentalnie zamieni się w świnię". Przestańmy więc narzekać na władze, bo to my wybraliśmy właśnie tych, a nie innych polityków. A jedynym lekarstwem na rządy półgłówków jest nasz udział w wyborach. Dajmy więc głos, jak każdy porządny Azor.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

paź 07 09

<WYWIAD ZE WSPÓŁZAŁOŻYCIELKĄ RUCHU NA RZECZ DEMOKRACJI, DWUKROTNĄ SENATOR ORAZ WYKŁADOWCĄ UNIWERSYTETU ŁÓDZKIEGO, PROF. ZDZISŁAWĄ JANOWSKĄ>

           

prof. Zdzisława Janowska                          

Przez ostatnie dwa lata byliśmy świadkami wyjątkowych rządów, można by rzec – przełomowych w dziejach Polski. Sami rządzący, aby podkreślić ich wagę, używali wielokrotnie sloganu "IV Rzeczpospolita". Największymi zasługami, które przypisuje się Prawu i Sprawiedliwości są: walka z korupcją, niszczenie „układów" i polepszenie sytuacji gospodarczej państwa. Najmniej chlubnym dokonaniem jest tak zwane "pogorszenie się jakości demokracji", bądź, dosadniej mówiąc – powolna centralizacja władzy, a nawet schodzenie na drogę autorytaryzmu. Właśnie dzięki tym bodźcom, odczuwanym silnie przez opozycję, powstał Ruch na Rzecz Demokracji. Jaka będzie jego rola w zbliżających się wyborach? Jaka zaś w przyszłości? Na te i wiele innych pytań postara się odpowiedzieć pani prof. Zdzisława Janowska, współzałożyciel Ruchu, dwukrotna senator oraz wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego.  

Paweł Rogaliński: -Chciałbym Panią zapytać, jaka jest idea powstania Ruchu na Rzecz Demokracji i jaki ma on cel po rozpadzie rządów PiS-LPR-Samoobrona?  

prof. Zdzisława Janowska: -Na skutek rządów PiS-owskich zamarła demokracja. I choć jesteśmy w Unii Europejskiej, choć podpisujemy się pod szeregiem dyrektyw, do dzisiaj jesteśmy postrzegani jako państwo z dalekiego peletonu. Zostały zaprzepaszczone te wszystkie idee i wartości, które stały u podstaw wchodzenia do Unii Europejskiej i budowania państwa demokratycznego. Staliśmy się znów państwem, w którym nie liczy się człowiek, czy społeczeństwo. Przestaliśmy być społeczeństwem obywatelskim. Właściwie u podstaw Ruchu na Rzecz Demokracji jest przywrócenie tego stanu, do którego większość naszego społeczeństwa dążyła i go pragnęła. Ruch jest budującym się stowarzyszeniem, które postawiło sobie za cel zmienić istniejącą sytuację, włączyć do dyskusji obywateli. Ideą Ruchu jest prowadzenie spotkań publicznych z bardzo szerokim gronem uczestników. Ruchem kierują ludzie o wysokiej pozycji zawodowej i naukowej oraz Ci, którzy stworzyli podwaliny demokracji. Wywodzimy się w większości z prawdziwej „Solidarności" – tej, która zmieniała kraj. Słynni przywódcy „Solidarności": pan Frasyniuk, pan Lis, pan Pusz, Jurczak z Krakowa, zapisali się w historii Polski i są to osoby niezwykle wiarygodne. One nie „przekręcały się" w zależności od koniunktury, w kierunku PiS-u, ZHN-u, czy też innych grup. Oni byli w Unii Wolności, która pod wodzą Tadeusza Mazowieckiego zmieniała kraj, część przeszła do Unii Pracy, czy też innych organizacji typu SdPl. Korzenie solidarności są więc korzeniami lewicowymi. I wspomniana grupa postanowiła się zintegrować. Jej celem jest budowanie określonej linii przeciwstawienia się, czyli publicznego procesu, a także wyrażanie opinii i stanowisk. Jednocześnie organizuje ona ruch obywatelski w Polsce na podstawie spotkań i dyskusji, tak, żeby można było przybliżyć pewne kwestie i jednocześnie wciągnąć do działania ludzi, którzy do tej pory nie uczestniczyli w ruchu publicznym.  

PR: -Czy Ruch będzie wspierać jakiekolwiek partie polityczne w trakcie kampanii wyborczej?  

ZJ: -W momencie, kiedy byliśmy na zjeździe założycielskim pod koniec maja tego roku, powiedzieliśmy sobie, że nie będziemy partią polityczną, ale każdy ma swoje sympatie polityczne i nikt nie powiedział, że przedstawiciele Ruchu nie będą startować w wyborach, chociaż wtedy nie było jeszcze wiadomo, że będą wybory. Nikt nie zakazał startowania, jak również nikt nie nakazał nie popierania i artykułowania swoich poglądów politycznych. W związku z tym jest tutaj dowolność działania, z tym, że oczywiście żadna z osób, która złożyła swój akces do Ruchu, na pewno nie popiera PiS-u, bo przecież to jest proces przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. Jestem też przekonana, ze dotyczy to również Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. A więc te ugrupowania nie wchodzą w grę. Natomiast nie ma dużego znaczenia, czy ktoś czuje sympatię w kierunku Partii Demokratów, Platformy, LiD-u, czy Sojuszu. To jest naturalne, że są tam osoby, które artykułują swoje poglądy w kierunku tych ugrupowań politycznych. Tym bardziej, że ludzie spośród Ruchu startują do wyborów. Jeden z założycieli, pan profesor Widacki jest na pierwszym miejscu LiD-u w Krakowie.  

PR: -Jakie działania Ruchu są planowane w najbliższym czasie?  

ZJ: -Wybory właściwie pokrzyżowały nam plany. Ustaliliśmy, że w poszczególnych miastach odbędą się wielkie spotkania społeczne. Rozmowa na tematy prawnicze miała być w Krakowie, właśnie pod wodzą prof. Widackiego i wielu innych prawników stamtąd. W Łodzi wyartykułowałam potrzebę zajmowania się sprawami zdrowia, ponieważ od nas wywodzą się czołowi przywódcy protestu lekarzy i pielęgniarek, tu jest Związek Krajowy Pielęgniarek, tu są przedstawiciele Związku Lekarzy. Ja osobiście byłam bardzo blisko protestów. Osobiście interweniowałam w wielu przypadkach, kontaktowałam grupę lekarzy ze szpitala Matki Polki z panem ministrem prof. Religą. Zależało nam wszystkim, żeby te strajki jednak zatrzymać, żeby nie był budowany obraz lekarza, który nie chce pomóc choremu człowiekowi. Dlatego też Łódź ma za cel zorganizowanie debaty, aby przybliżyć te problemy szerokiej rzeszy naszych mieszkańców. Muszą zrozumieć, jaka jest sytuacja de facto zawodowa oraz społeczna lekarzy i pielęgniarek. Oni w tej dzisiejszej rzeczywistości są poszkodowani. Chcą leczyć, ale nie na warunkach, które urągają wszelkim zasadom przyzwoitości. Chcemy więc zrobić jak najszybciej debatę pod tytułem „Dlaczego lekarz i pielęgniarka protestują?" Na tą debatę przyjadą nasze środowiska z Polski: przedstawiciele Krakowa, Warszawy… W następnej kolejności aż się prosi, choć nie ma pana ministra Giertycha, aby zrobić debatę na temat edukacji. Przez to, co zaproponował pan minister Giertych oraz pan wiceminister Orzechowski, część młodzieży wyjechała, albo zamierza wyjechać. Trzeba protestować wobec tego, co nam zaproponowano, bo edukacja w Polsce jest tak staroświecka i tak konserwatywna, iż nie dziwię się młodym ludziom, że szukają swojego miejsca na Zachodzie. Jednocześnie zaś przychodzi nowe pokolenie i my nie możemy tego pokolenia stracić, dlatego też trzeba walczyć o programy edukacyjne, o włączenie tych wartości do procesu nauczania, które są naturalne i normalne. To skandal, ze obok religii nie ma etyki, że edukacja seksualna jest prowadzona na bardzo prymitywnym poziomie, lub w ogóle jej nie ma.  

PR: -W Ruchu przeważają osoby o poglądach lewicowych i centrowych. Czy osoby z prawicy mają tam prawo bytu?  

ZJ: -Jeśli będą chciały być… W Ruchu są ludzie o różnych poglądach i wartościach. Podam przykład – prawicę reprezentuje pani Kluzik-Rostkowska. Gdyby ona chciała być w tym ruchu, nie byłoby problemu, gdyż myśli w wielu kwestiach tak samo jak my. Szczególnie tych dotyczących edukacji, spojrzenia na sprawy kobiet, równości obywateli i tak dalej. Jest bardzo nowoczesna, dąży do tego, ażeby środki antykoncepcyjne były normalnością w naszym społeczeństwie. Ona tym razi swoich kolegów, ale ja ją postrzegam jako nowoczesną przedstawicielkę rządu PiS-owskiego. A więc przynależność ludzi o takich poglądach – dlaczegóż by nie? Przecież możemy o pewnych kwestiach dyskutować. Również profesor Religia, którego znam od lat i byłam z nim dwa razy w Senacie, jest bardzo nowoczesnym przedstawicielem elity intelektualnej. Znalazł się w rządzie PiS-owskim, chce zreformować służbę zdrowia, chce to zrobić jak najlepiej, ale to nie jest konserwatywny człowiek.  

PR: -Czy silna pozycja Radia Maryja i jego duży autorytet u części społeczeństwa polskiego zaburzają demokrację w Polsce?  

ZJ: -Absolutnie tak. Radio Maryja jest instytucją, która burzy porządek, która jednocześnie umacnia zaściankowość, powoduje zaślepienie dużej ilości społeczeństwa. To jest społeczeństwo, do którego sączy się jeden obraz, które nie ma szans na kompleksową edukację. Powiedziałabym – jest to „duża, mityczna siła" Radia Maryja, wpływ, który buduje spokój u niektórych osób, bezpieczeństwo, wiarę… Ci ludzie niczego więcej nie słuchają. Mają Radio i Telewizję Trwam i tam czerpią swój pogląd na otaczającą rzeczywistość. Nie docierają do różnorodnych źródeł informacji. Dopóki nie nastąpi zmiana przywódcy i przeistoczenie Radia Maryja w bardziej normalną stację, albo też usunięcia jej, co jest raczej niemożliwe, bardzo duży procent społeczeństwa, który jest słabo wykształcony lub mieszka poza dużymi miastami, będzie nadal pod wielkim wpływem sączonych tam informacji. Przekazy te silnie wpływają na konieczność zajmowania danych stanowisk, budowanie protestów i wreszcie na wynik wyborczy, bo Radio Maryja, Kościół, Telewizja Trwam dadzą im instrukcje. Skierują swoje sympatie w kierunku osób, które nie mieszczą się dzisiaj w standardach europejskich. Najgorsze jest to, że choć bardzo dążymy do zwiększenia poziomu wykształcenia, to ciągle jesteśmy społeczeństwem o niskim poziomie wykształcenia, jeśli chodzi o wyższe wykształcenie. Kiedyś było 7-8%, dziś 14-15% osób po uczelniach wyższych. Ale to jest ciągle za mało. Ponadto część z tej liczby jest poza granicami kraju. Mówi się o 2-3 milionach. Czy wrócą? Tego dokładnie nie wiemy, ale są tam ludzie, którzy niedawno ukończyli studia. A więc oni z tego 15-procentowego składu społecznego zostali wyłączeni. Natomiast odbiorcami Radia Maryja są ci o bardzo niskim poziomie wykształcenia, którzy się już niczego nie nauczą. Są to ludzie w bardziej dojrzałym wieku i stopień percepcji u nich jest zupełnie inny. Jest to wielka szkoda dla naszego społeczeństwa.  

PR: – OBWE złożyło Polsce propozycję wysłania swoich obserwatorów na październikowe wybory w Polsce. Minister Spraw Zagranicznych, Anna Fotyga uznała notę organizacji za "niestosowny dokument". Jak ocenia Pani pomysł monitorowania wyborów parlamentarnych przez zagranicę? Czy  jest to "szkalowanie" Polski (jak uznał rzecznik MSZ Robert Szaniawski)?  

ZJ: -Nie. Nie jest to szkalowanie Polski. Uważam, że ta obecność jest dzisiaj niezbędna, ponieważ zagrożona jest demokracja, możemy spodziewać się różnych działań. Proszę sobie uświadomić, że publiczne media przestały być mediami naszymi wspólnymi, są one absolutnie jednopartyjne i jednomyślne w określonym kierunku. Z telewizji Jedynki, z publicznych rozgłośni radiowych bije ten sam ton, bo przecież zmieniły się tam władze. Tam się sączy do społeczeństwa jeden, właściwy i dobry kierunek. Skutki tego mogą być różne, również przy wyborach, bo gdy mamy ciągle jednostronny obraz, że Polska idzie w dobrym kierunku, a tak nie jest, że Polska zwalcza nieuczciwość… ale tylko w określonych kręgach i nie tak, jak to było założone. Nadal nie są wyjaśnione wielkie przestępstwa gospodarcze, afery korupcyjne… Tym się określona partia rządząca nie zajmuje, za to zmienia ludzi jak rękawiczki i ustawia ich bez żadnych kwalifikacji w różnych miejscach. Tego przykładem jest nasza działalność na forum zagranicznym – osoby mało kompetentne reprezentują nasz kraj.  

PR: -Czy według Pani demokracja w Polsce jest realnie zagrożona?  

ZJ: -Jeśli będą dalej te rządy, które są, jeśli wybory wygra PiS, to demokracja w Polsce absolutnie będzie zagrożona. Tym bardziej powstawanie tego rodzaju ruchów obywatelskich jest na wagę złota.  

PR: -Dziękuję za rozmowę.  

ZJ: -Dziękuję.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

sie 07 27

Prawica. Kiedy była tak bardzo potrzebna, nie robiła nic. Obudziła się po wielu latach drzemki, by w XXI wieku wprowadzać średniowieczne reformy. Przez ostatnie dwa lata krajem rządziła zjednoczona trójca rozkapryszonych partii nacjonalistycznych i populistycznych, kłócących się o władzę i pieniądze. A gdzież podziała się ich troska o kraj? Ot, cały Giertych, Kaczyński i Lepper – niczym trójca XVII-wiecznych regimentarzy, nazwanych: „dzieciną, łaciną, pierzyną". Teraz, gdy nadszedł kres ich rządów, czas zastanowić się: CO DALEJ?

 

           Zarówno prawica, jak i lewica odgrywają kolosalną i nieodzowną rolę w kształtowaniu każdej demokracji. W odpowiednich momentach historii przychodzi czas na przewodnictwo polityczne jednej, bądź drugiej strony. Niestety, od lat władzę w Polsce przejmują ludzie reprezentujący często ideologię najgorszą z możliwych w danej chwili i sytuacji. Niejednokrotnie szkodzi to interesom kraju i jest brzemienne w skutkach – z wielkiego europejskiego mocarstwa Rzeczpospolita zmieniła się w podrzędne, nielubiane przez sąsiadów państwo krzykaczy i awanturników.

          Już w zamierzchłych czasach przekonaliśmy się, ze politycy wielokrotnie przedkładają własne interesy nad krajowe. W ten sposób, gdy ponad 100 lat temu Józef Piłsudski starał się uzyskać wsparcie od rządu Japonii przy tworzeniu legionów polskich, jego największy przeciwnik ideologiczny, Roman Dmowski, skutecznie przekonał tamtejszego Ministra Spraw Zagranicznych, by ten nie pomagał Polakom, a w szczególności wrogiej endekom PPS. Trzynaście lat później Piłsudski postanowił się zrewanżować – nie wysłał posiłków walczącym powstańcom w niemieckiej wówczas Wielkopolsce. Tamtejsza ludność w przeważającej części popierała politykę Dmowskiego, dlatego też lewica nie skrywała do niej niechęci. Marszałek, zmęczony walką wewnętrzną i rozczarowany postawą Polaków, stwierdził: „Naród wspaniały, tylko ludzie ch…e".

           Po II Wojnie Światowej Rzeczpospolita znalazła się de facto w strefie dyktatu rosyjskiego. Monopartyjność systemu uniemożliwiała legalne działanie nurtów politycznych innych niż komunistyczne. Wiadomym było, że tajne organizacje lewicowe nie mogły cieszyć się poparciem społeczeństwa, które zakorzeniło w sobie głęboką urazę do poglądów choćby w najmniejszym stopniu związanych z kierunkiem działań władz. Zdecydowanie swoje „pięć minut" miały podziemne ugrupowania prawicowe i nacjonalistyczne. Miały, ale… nie potrafiły wykorzystać swojej okazji. Nie stworzyły silnych organizacji. Nie walczyły tak jak Węgrzy, czy narody Jugosławii o niepodległość. Po prostu zawiodły.

          Ktoś mógłby zapytać – a cóż z NSZZ Solidarnością? Otóż uważany on był przez wielu za ruch prawicowy, z pewnością jednak daleko mu było do podobnej ideologii. Początkowo wysuwane żądania w stronę władz miały na celu polepszyć byt społeczeństwa, nie zaś obalić system komunistyczny. Solidarność wysuwała propozycje stworzenia „socjalizmu z ludzką twarzą", wierzyła, że państwo „ludowe" można umiejętnie zreformować. Jeśli zaś mimo wszystko uznamy ją za ruch prawicowy, nie będziemy mogli już tego samego powiedzieć po roku 1989, kiedy to związek zawodowy zaczął bronić pracowników przed pracodawcami, a nie jak wcześniej – władzami PRL. To proletariat, a nie prawica, położył kres Polsce Ludowej. Następnie, jak powiedział lider NSZZ, Lech Wałęsa, były to „ostatnie godziny naszych pięciu minut" – Solidarność słabła z dnia na dzień.

          Po politycznej zawierusze spowodowanej tworzeniem naprędce nowej demokracji, władzę w III RP przejął ktoś niemający najmniejszego związku z „czerwonymi" – koalicja AWS-UW. Skupiała ona większość ugrupowań polskiej prawicy, dzięki czemu zyskała zaufanie społeczeństwa, pokładającego wszelkie nadzieje w politykach koalicji. Autorytarny system rządzenia AWS-em przez jej przewodniczącego, Mariana Krzaklewskiego, spotkał się z silną krytyką. Niechlubne komentarze pojawiały się także na temat obsadzania wszelkich stanowisk w spółkach należących do Skarbu Państwa ludźmi powiązanymi z Solidarnością. Jarosław Kaczyński, oburzony tym zachowaniem stwierdził, że najsilniejszą frakcją w AWS jest frakcja TKM – „Teraz K…a My".

          Porażka prawicy skłoniła wyborców do zwrócenia się w stronę lewicy. I tak władzę zdobyło SLD. Niedawni komuniści nie mieli niestety pomysłu na rządzenie krajem. Wstępując za młodu do PZPR nie zastanawiali się nad własnymi ideami. Gdy Polska Ludowa upadła, postanowili stworzyć partię socjaldemokratów, gdyż wszelkie inne możliwości były zamknięte. Nie mając jednak pojęcia, na czym polega ideologia lewicy, nieudolnie kopiowali pomysły ich odpowiedników zza zachodniej granicy. W rezultacie SLD przeprowadzało prawicowe reformy, nawet w kwestiach obyczajowych. Słowa Andrzeja Leppera idealnie odwzorowują ówczesne rządy: „Jeżeli Sojusz Lewicy jest lewicą, to ja jestem kosmonautą".

           Zdezorientowani schizofrenicznym zachowaniem prawicowej lewicy Polacy, w kolejnych wyborach postawili na partie nacjonalistów i populistów. Ci mówili prosto, obiecywali dużo, krytykowali chętnie i modlili się nieustannie. Sam ordynator Rydzyk krzyczał z zadowoleniem: „Niech żyje moherowa koalicja!". Kraje Zachodu załamały ręce, wielokroć nazywały Polskę ciemnogrodem, bądź kaczogrodem. Przez dwa lata rządów ultraprawicy, społeczeństwo miało okazję być świadkiem powrotu do średniowiecza: ekskomuniki nauczycieli, prześladowania gejów, cenzury w mediach, wymyślnych pomysłów Giertycha, polowania na szatanów, inkwizycji i listy ksiąg zakazanych.

          Koalicja – z pozoru trwała, okazała się kolosem na glinianych nogach. Władza kusiła tak bardzo, że skłóceni ze sobą koledzy z sejmowych ław, nie przebierali w słowach opisując się wzajemnie. W wyniku tego usłyszeliśmy, że Lepper to „warchoł" do którego „bardziej pasują widły i kupa gnoju", Lech Kaczyński to „cham" oraz „s…syn", zaś jego żona zyskała miano „czarownicy" i „szamba".

          Jana Rokitę nazwano „płytkim" i „dennym", Aleksandra Kwaśniewskiego „szmaciarzem", a Zbigniewa Zbiorę „kłamcą i oszustem". Joanna Senyszyn uznała obecny rząd za „ziemniaczano-buraczany", nawiązując zaś do słów premiera sprzed kilku lat, stwierdziła, że realizowany jest „program TMK – Teraz My Kaczyńscy".

            Walka lewicy i prawicy w Polsce trwa niemal od zawsze. Jedyny problem obecnej sceny politycznej to wypaczenie równowagi, spowodowane 44 latami komunizmu. W wyniku tak długotrwałej dyktatury komunistów, do której społeczeństwo nabrało obrzydzenia, wykształciły się silne ruchy fanatycznych katolików oraz nacjonalistów. Lewica zaś niemalże zupełnie zaniknęła. Postkomunistyczne SLD zmienia się, biorąc przykład z partii socjaldemokratycznych na Zachodzie, ale proces ten przebiega bardzo wolno. PO, mając obecnie największe poparcie, stara się utrzymać w centrum i stronić od przedstawiania jakiegokolwiek programu. Jak widać, metoda ta sprawdza się znakomicie.

            Wydaje się, że nie ma partii, na którą można by z czystym sumieniem zagłosować w nadchodzących wyborach. Brak alternatyw w formie młodej, nowoczesnej lewicy, rozsądnego centrum, czy też zdystansowanej do religii prawicy. Śledząc kolejne zdarzenia w kraju można mieć wrażenie, iż Polacy wybierają często najgorszą z możliwych opcji. Ale wybrać trzeba. Obyśmy znów nie popełnili błędów z przeszłości. W 1945 roku premier Wielkiej Brytanii, Winston Churchill powiedział: „Mało jest zalet, których by Polacy nie mieli i mało błędów, których udałoby im się uniknąć". Niestety miał rację.

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , , , , , ,

lip 07 24
  Gdy brakuje argumentów, politycy wymyślają byle głupstwa, którymi „karmią" społeczeństwo. Problem tkwi w tym, że niektóre wypowiedzi wprawiają w tak duże zakłopotanie, iż nie wiadomo, czy się śmiać, czy też płakać. Najgorsze, że całej tej scenie przygląda się zagranica. I nie dziwmy się potem opiniom na nasz temat – jak nas widzą, tak nas piszą.
 

            Premier RP, Jarosław Kaczyński głęboko wierzy, iż „szatani są czynni, żeby zaszkodzić naszemu krajowi". Wypowiedział on wojnę całemu złu III RP. Siły dobra, na czele których stoją prawi i sprawiedliwi, zamierzają pokonać szatanów. Czort wie, w jaki sposób chcą to zrobić, bo na razie padają tylko puste słowa. Prezes Rady Ministrów rozszerzył swą myśl słowami: „chcę walczyć ze złem i niesprawiedliwością (…) nie uda się go łatwo wykorzenić. Nie wystarczy umocnić CBA czy naprawić inne służby". Następnie zapewnił, iż „nie ma afer", a PiS z koalicjantami jest pierwszą władzą, która „afer nie organizuje".

           Poseł PiS, Tadeusz Cymański także przyznał, że „w Polsce są potężne siły zła", wrogowie „wartości narodowych i chrześcijańskich". Doszło nawet do tego, że premier widzi diabły na własne oczy: „szatanów łatwo zidentyfikować, widać te buzie także w mediach". Racja, przecież pan Rokita za sprawą swoich oryginalnych pomysłów coraz częściej gości w telewizji. Ale i wśród protestujących pielęgniarek znalazłyby się zapewne diablice chowające swe rogi za służbowymi czepkami.

          Wypowiedzi naszych władz na tyle „podobają się" za granicą, że w Kolonii wywieszono plakat łańcucha ewolucji teorii Darwina, gdzie pierwsze ogniwo zajmuje Lech Kaczyński o sylwetce małpy człekokształtnej, trzymając w ręku maczugę. Pal licho ten jeden przytoczony przykład, ale obaj bracia są nieustannie krytykowani za całokształt swych dokonań, nie tylko w Europie, ale i na całym świecie.

           Najgorsze jednak, że posługiwanie się terminem „szatan" i „diabeł" wobec opozycji staje się coraz bardziej naturalne i zaczyna wchodzić w codzienne użycie. Brakło już niestety argumentów obwiniających o wszystko czasy PRL-u. Poza tym hasła atakujące komunistów, nadmiernie używane, spowszedniały i straciły jakiekolwiek znaczenie. Użycie symbolu szatana w chwili, gdy katolicyzm w Polsce zdaje się przeżywać renesans, jest chwytliwe i łatwe do zapamiętania.

          Zbigniew Religia, komentując strajki pielęgniarek, bez większego zastanowienia powiedział dziennikarzowi: „Szatan może i ma w tym swój udział, ale nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że zasadniczą przyczyną jest brak kilkudziesięciu miliardów złotych", po czym dodał: „Żyjemy w państwie katolickim – Szatan jest wszędzie".

          Polowanie na szatanów z opozycji zdaje się być coraz modniejsze. A zła dopatrzyć można się każdym. Ja, jako obrońca „diabłów polskich" sam z pewnością zostałbym posądzony o bycie jednym z nich. Obok dwóch najbardziej znanych: Boruty i Rokity, jest także trzeci w hierarchii – diabeł Rogaliński, grasujący ponoć w okolicach Łodzi. Ciekawe, iż nazwisko to oznacza po prostu szatana, a ludność używała je zamiennie, by nie kusić licha. Macałem się po głowie, rogi jeszcze mi nie wyrosły, ale kto wie, może kiedyś…   Czort z piekła rodem, łodzianin Paweł Rogaliński

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Mój komentarz: Sądzę, że pani Marika jest w błędzie i źle odczytała przesłanie mojego artykułu. Otóż, gdyby Polską rządzili ludzie, z których społeczeństwo byłoby dumne, moglibyśmy pozwolić sobie na zapomnienie o zagranicy, wszystkich obcych nam brukowcach i komentarzach wystawianych politykom znad Wisły. Gdy jednak mamy do czynienia z awanturnictwem i ośmieszaniem kraju na arenie międzynarodowej, warto wspomnieć o tym, jak nas widzą inni. W końcu to nasi przedstawiciele zgotowali nam taki, a nie inny obraz Polski na świecie. Prasa nie tylko krajowa, ale i zagraniczna dostrzega żenujące sytuacje z Wiejskiej. Dlaczego mielibyśmy milczeć i izolować rodaków od zagranicznych komentarzy naszej sceny politycznej? Działanie takie wydaje mi się bezcelowe, a argumenty popierające stanowisko pani Mariki nieuzasadnione i łatwe do podważenia. Paweł Rogaliński  

Autor Paweł Rogaliński \\ tagi: , , , , , , , , ,

Strony: Poprzednia 1 2 3 ...9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 Następna